Link 01.11.2006 :: 02:00
Komentuj (1)
CZĘŚĆ DRUGA
ROZDZIAŁ 3
1.
BAR KAWOWY "POD KURANTAMI" w domu o tej samej nazwie przy Marszałkowskiej 75, róg Wilczej. Tu spotkali się Halski i Marta.
"Na tejże zasadzie bar kawowy "Pod Kurantami" na MDM–ie przeżywał od chwili swego powstania niejaki konflikt pomiędzy treścią a formą." (...) Jedną z pierwszych zaprojektowanych, a nie zaimprowizowanych kawiarń był bar kawowy "Pod Kurantami". Był to rzeczywiście bardzo piękny lokal: gustowne draperie, solidne boazerie, farfurki i cenne talerze, ciężkie wytworne meble, kute w miedzi kinkiety, stary kurant nad wejściem, dębowe schody wewnętrzne i belkowany strop." Str. 91
2.
PLAC KONSTUTUCJI, w jednym z barów którego odbyła się "parówkowa orgia" Halskiego i Marty, którzy potem całowali się jeszcze pod jednym z jego kandelabrów.
"Jedli na stojąco, w jednym z barów na MDM–ie. Z otwartych kociołków na bufecie dymiły gotowe potrawy, pachniało kapustą i sosami." str. 101
3. Jedna z
RESTAURACJI PRZY MARSZAŁKOWSKIEJ, między placami Zbawiciela a Unii Lubelskiej, do której wstąpili Marta z Halskim. Raczej musiała się ona znajdować po parzystej (wschodniej) stronie ulicy.
"Minęli plac Zbawiciela, niewielki, okrągły. (...) Nie protestowała jednak, gdy ująwszy ją lekko pod ramię skierował w drzwi restauracji. (...) Przeszli marmurowymi schodami na półpiętro. Stały tu oddalone od siebie, pełne zastawy i serwetek stoliki. Kelnerzy w białokremowych kurtkach i czarnych krawatach poruszali się z dostojeństwem." str. 102
4.
RESTAURACJA "KAMERALNA" na Foksal 16, gdzie bawili się Merynos z Olimpią Szuwar, Kruszyna z Romą Leopard oraz Halski z Martą.
"- Dokąd? - spytał szofer.
- Do "Kameralnej" - rzekł Halski. - Jedziemy zapominać. Zapomina się najlepiej w "Kameralnej"." str. 106
5.
RÓG FOKSAL I NOWEGO ŚWIATU, skąd Olimpia Szuwar zabrała Halskiego taksówką do swojego domu.
"- Czy jest pan odważny? - spytała z powagą Olimpia. - To zależy od okoliczności. - Okoliczności są mocno nie sprzyjające, ale jeśli jest pan odważny, to proszę zapłacić, wyjść i zaczekać na mnie na rogu Foksal i Nowego Światu. — Dobrze — rzekł Halski." str. 112
"- Witold. To moje imię - rzekł Halski szeptem.
Jeszcze pół minuty temu stał na rogu pustej ulicy. Podjechała taksówka, uchyliły się szybko drzwiczki, Halski wsiadł i znalazł się w ciemnym pudełku auta, pachnącym perfumami Olimpii i benzyną." str. 116
6.
SKLEP I MIESZKANIE OLIMPII SZUWAR w Alejach Jerozolimskich, między Kruczą a Marszałkowską. Dom ten mieścił się w starej, przeznaczonej do wyburzenia, kamienicy z oficynami na dole, a taki mógł zachować się raczej po nieparzystej (południowej) stronie ulicy, np. ten ze zdjęcia pod numerem 19, gdzie do dziś znajdują się podobne ruiny.
"Jechali bardzo krótko, samochód zatrzymał się, Olimpia szybko wsunęła banknot szoferowi w rękę. Były to Aleje Jerozolimskie pomiędzy Marszałkowską a Kruczą, jeden z ostatnich w śródmieściu rezerwatów na wpół zrujnowanych przez wojnę kamienic i jedno z ostatnich centrów prywatnych sklepów, warsztatów, malutkich fabryczek, przedsiębiorstw, firm. Przez ostatnie dziesięć lat tętniło bujne życie w tych potrzaskanych, odrapanych, do połowy wypalonych, a potem odremontowanych naprędce domach; było to jednak życie chwili, życie bez przyszłości, ustępujące ciągle miejsca wielkiej, planowej odbudowie.
Weszli do bramy, Olimpia zadzwoniła, pociągając za sobą Halskiego w mrok wnęki. W ruchach jej była nerwowa ostrożność. Brama zawarła się za nimi z głośnym szczękiem, przeszli ciemne podwórze, Olimpia wyjęła futerał z kluczami z torebki i otworzyła drzwi w jednej z oficyn, na parterze. (...) Halski wszedł za nią po schodach do dużego i wysokiego pokoju, typowego dla starych warszawskich kamienic z początków stulecia.
(...) - Pięknie pani mieszka jak na warszawskie stosunki.
- Cóż z tego - rzekła Olimpia. - Dom jest przeznaczony do rozbiórki. Trzeba będzie zlikwidować to tutaj i sklep. A w Warszawie coraz, trudniej o ruiny do remontu - dla inicjatywy prywatnej - uśmiechnęła się." str. 116 i 118
7.
ALEJE JEROZOLIMSKIE MIĘDZY KRUCZĄ A MARSZAŁKOWSKĄ, gdzie Halski został pobity przez dwóch oprychów, ujrzał płonące białe oczy i otrzymał pomoc od człowieka w meloniku.
"Halski wyszedł na ulicę zupełnie pustą. Ruszył w kierunku Marszałkowskiej.
Naprzeciw szło dwóch facetów, niewyraźnych w brudnym powietrzu brzasku. Szli szybko, wprost na niego. Serce Halskiego zabiło gwałtownie, poczuł strach, lecz wiedział, że będzie musiał przyjąć walkę, był na nią gotów mimo wewnętrznego bezhołowia uczuć, z którego nie mógł w tej chwili wyciągnąć żadnego jasnego wniosku, decyzji czy nakazu." str. 125
---
Twardzi są warszawscy kelnerzy, szatniarze, barmani, muzycy z nocnych lokali. Życie ich upływa w nieustannej walce. Wobec pertraktacji z pijanym warszawiakiem praca w kamieniołomach wydaje się fabrykowaniem dziecięcych baloników. Starożytni galernicy uciekliby w popłochu na widok katorżniczej roboty, jaką wykonuje warszawski kelner w sobotnie wieczory, zaraz po pierwszym każdego miesiąca. Toteż kelnerzy ci mają twarde serce, nic nie jest w stanie ich wzruszyć, rozpogodzić, przejąć sympatią dla świata. Nic - ani uprzejmość, ani ubóstwo, ani młodzieńcza naiwność, ani radość życia. Imponuje im moc, urzeka ich siła i twardość innych, korzą się tylko przed realnymi korzyściami. Gotowi są służyć tym wątpliwym wartościom, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo czynią niesłusznie. Usprawiedliwia ich jedno: atmosfera nocnego lokalu, w którym spędzają życie...
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Link 02.11.2006 :: 00:08
Komentuj (0)
CZĘŚĆ DRUGA
ROZDZIAŁ 4
1.
BRAMA NA ULICY WIDOK, w której Kubuś pił wódkę z Morycem. Musiała znajdować się w jednej ze zniszczonych podczas wojny kamienic, które stały po obu stronach ulicy, bliżej Marszałkowskiej. Dziś po wielu z nich nie ma już śladu.
"- Chodź - rzekł do Kuby i skręcił w ulicę Widok. "Nie ma rady... - pomyślał Kuba - nie mogę mu sprawić przykrości". Weszli do starej, niskiej bramy i przystanęli w ciemnawym kącie za drewnianym, brudnym zaworem. Moryc lekkim uderzeniem nasady dłoni wybił korek z butelki i przechylił ją do ust." str. 132
2.
KAWIARNIA "KRYSIEŃKA" na Marszałkowskiej po północno-wschodniej stronie skrzyżowania z Alejami Jerozolimskimi. Znajdowała się prawdopodobnie w jednym ze zrujnowanych domów w miejscu, w którym dziś stoją Domy Centrum. Kubuś spotkał się tu z redaktorem Kolanko.
"Są ludzie, dla których przyglądanie się innym ludziom stanowi zajęcie równie frapujące i nałogowe, jak gryzienie pestek. (...) Dla takich ludzi zbieg Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich we wczesnych godzinach popołudniowych jest rozkoszą równego rzędu, co mycie nóg w wodzie z solą Jana po długotrwałym marszu w lipcowym skwarze i w przyciasnych butach - rozkosz taka polega, jak wiadomo, na tym, że doznający jej marzy o niewyjmowaniu nóg z miski przez najbliższe trzy lata. Do takich ludzi należał Kuba Wirus.
Kubuś spojrzał na zegarek: była czwarta. Stał na samym rogu i trochę nie wiedział, co czynić. Umówiony był z Kolanka o wpół do piątej w "Krysieńce", małej kawiarence, znajdującej się o parę kroków stąd. "Dlaczego właśnie w "Krysieńce"? - zastanawiał się Kuba - kwestia sentymentów redaktora Kolanki". Ta Warszawa, Warszawa tego narożnika. Warszawa "Krysieńki", znikała w oczach, w jej miejsce narastała nowa Warszawa. str. 128
"Wyszli z bramy i podali sobie ręce.
Kuba skręcił w Marszałkowską i wszedł do "Krysieńki". Przy brzydkim stoliku, między oknem a lśniącą niklem aparaturą do parzenia kawy, siedział Kolanko czytając gazetę." str. 133
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Link 02.11.2006 :: 22:13
Komentuj (0)
CZĘŚĆ DRUGA
ROZDZIAŁ 5
--- (czerwona) - Trasa autobusu linii 100, którą jechał Eugeniusz Śmigło.
--- (niebieska) - Trasa ucieczki do zajezdni na Inflanckiej.
1.
PRZYSTANEK W ALEI NIEPODLEGŁOŚCI, gdzie do autobusu wsiadła grupka siedmiu pijanych młodzieńców.
"O godzinie 20.16 na przystanku przy alei Niepodległości wsiadła do autobusu grupa złożona z siedmiu młodych mężczyzn około lat dwudziestu, która usadowiła się na wolnych ławkach w tyle wozu." str. 138
2.
PRZYSTANEK NA NOWYM ŚWIECIE, w pobliżu Foksal. Tu do autobusu wsiadł Fryderyk Kompot, wytargawszy za ucho młodzieńca w berecie.
"Geniek przyhamował na przystanku przy Nowym Świecie i rozglądał się gorączkowo: w tym ożywionym punkcie należało wreszcie przejść do kontrakcji. Rozglądanie zostało przerwane wybuchem regularnej awantury. Ów gość w berecie postanowił widocznie opuścić autobus: właśnie opuszczał go tylnym wejściem, odtrąciwszy bezceremonialnie jakąś wsiadającą panią, gdy rozległ się krzyk. Wszyscy wyjrzeli przez okna po prawej stronie: facet w berecie, chłopak nic ułomek, barczysty i wysoki, stał tuż obok wejścia do autobusu, krzycząc jak chłopiec. Nad nim pochylał się ogromnego wzrostu i ogromnej tuszy człowiek, wykręcając mu ucho jak nieletniemu smarkaczowi." str. 140
3.
ULICA TWARDA, między Placem Grzybowskim a Ciepłą, gdzie siedmiu młodzieńców pobiło Fryderyka Kompota.
"Autobus wjechał na plac Grzybowski, minął go i zbliżał się do Ciepłej.
- W makówkę! - krzyknął nagle facet w berecie. - Na ryło! Ładuj, Maniek!...
W rękach jednego z siedmiu ludzi znalazł się nagle worek, który za drugi koniec uchwycił brudnawy blondyn. Błyskawicznym, zgodnym ruchem wpakowali worek na głowę pana z baczkami." str. 142
! - Miejsce ataku Złego na siedmiu młodzieńców - zajezdnia autobusowa przy Inflanckiej.
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Link 05.11.2006 :: 20:04
Komentuj (0)
CZĘŚĆ TRZECIA
ROZDZIAŁ 1
1.
DWORZEC GŁÓWNY na rogu Towarowej i Alej Jerozolimskich, w barze którego pobity na Inflanckiej Meto wypił setkę podaną mu przez znajomego kelnera Gutka.
"Dotarł do Dworca Głównego od strony Twardej. Zaśmiecona hała zapełniała się opuszczającymi podmiejskie pociągi ludźmi. Przeciskał się w stronę sal bufetowych, nie zauważając nawet, z jaką odrazą ludzie usuwają się przed nim z drogi. W sali restauracyjnej na poły siedzieli, na poły leżeli zmięci, zmęczeni podróżni, spali kładąc nieświeże, tłuste twarze na podesłanych ramionach, opartych o nakryte brudnymi, papierowymi serwetami stoły." str. 155
2.
ULICA PAŃSKA, przy której znajdował się zakład krawiecki Izydora Tkaczyka, w którym Meto spotkał Moryca i Kruszynę. Mógł się on mieścić w którejkolwiek z kamienic po parzystej (północnej) stronie ulicy Śliskiej, między Twardą a ówczesną nowo-wytyczoną Marchlewskiego (dziś Jana Pawła II). Wszystkie domy po tej stronie ulicy miały bowiem przejście na podwórka sąsiadujących z nimi kamienic przy Pańskiej oraz zostały częściowo zburzone w czasie wojny, co pasuje do opisu.
"Meto szedł wolno pod ciemnymi murami ulicy Towarowej Poranek był pochmurny, mglisty, zimny. Skręcił w Srebrną, po czym Żelazną dotarł do Śliskiej. Wszedł do bramy jednej z kamienic: była to ponura, ogromna czynszówka o czarnych ścianach i wąskich, zastawionych żywnością oknach, jeden z tych warszawskich domów, w którym na pierwszy rzut oka widać, że mieszka w nim czterokrotnie więcej ludzi, niż zawiera on pomieszczeń, łącznie ze schodami, piwnicami, suterenami, strychem i tak zwaną górą. Meto minął pierwsze podwórze, studniaste, ciemne, o odrapanych murach, pełnych nikomu niepotrzebnych, żelaznych balkonów, po czym wszedł do oficyny w drugim podwórzu; stały tu wypalone od - drugiego piętra, częściowo odremontowane ściany, mieszkania wisiały nieoczekiwanie i fantastycznie: nad pustym wyimkiem wypalonego skrzydła domu, pomiędzy zerwanymi piętrami, jak drewniane budy z desek z oknami, umocowane gdzieś hen, wysoko między resztkami murów, zawieszone pomiędzy ołowianym niebem a śmietnikiem i trzepakiem podgórza. Meto wszedł na cuchnącą kocim łajnem klatkę schodową: nie było tu schodów, w górę wiodła murarska pochylnia z nabitymi poprzeczkami zamiast stopni. Wdrapał się na pierwsze piętro i zadzwonił do drzwi zdobnych w szklaną tabliczkę z napisem: "Izydor Tkaczyk - Krawiec"." str. 157
3.
ULICA BRZESKA, na której mieszkał Meto.
"- Nie poznaję cię. Meto - rzekł wolno Kruszyna. - Ktoś cię skosił na Inflanckiej jak ostatnią szmatę, a - ty idziesz spokojnie do domu. Może zapiszesz się do ZMP? Tam tylko czekają na ciebie. Dostaniesz robotę jako woźny i mieszkanie na Starówce. Coś nowego... Meto! Słynny kosior z prawobrzeżnej Warszawy, chluba ulicy Brzeskiej... Nie poszukasz tego kogoś?" str. 183
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Link 07.11.2006 :: 00:14
Komentuj (1)
CZĘŚĆ TRZECIA
ROZDZIAŁ 2
1.
ŁAWKA W ŁAZIENKACH przed Starą Pomarańczarnią, na której redaktor Kolanko podsłuchał rozmowę pana w meloniku z Krzysiem.
"Skacząc w ten sposób dotarł do Pomarańczami, przystanął, zapatrzył się na pomnik księcia Józefa, wdepnął przez nieuwagę w najgorsze błoto, które wypełniło mu lewy półbut, zaklął tym razem brzydko i powędrował dalej, wściekły na roztopy i tradycję. Słońce grzało dojmująco. Kolanko odrzucił szalik i rozejrzał się za ławką. Stała w pobliżu jedna pusta, opodal wysokiego, bezlistnego żywopłotu. "Popatrzymy trochę na księcia Pepi" — pomyślał z upodobaniem Kolanko." str. 168
---
Wiosna warszawska jest wiosną pokrzywdzoną. Morze atramentu wylano dla uświadomienia ludzkości uroków wiosny paryskiej czy wiedeńskiej. Powstała cała literatura muzyczna narzucająca światu nastroje tych wiosen. Ludzie na najróżniejszych równoleżnikach i południkach nauczyli się zachwycać paryską i wiedeńską wiosną, marzyć o nich, tęsknić do nich. Jest to ogromna mistyfikacja, oparta o reklamową potęgę sztuki: poeci, malarze i muzycy Wiednia i Paryża potrafili po prostu tak reklamować i spopularyzować swe wiosny, że uczynili z nich ideał dla reszty świata. Czas najwyższy zdemaskować tę grę! Warszawska wiosna na pewno w niczym nie ustępuje paryskiej czy wiedeńskiej. Gdzież jest bowiem na świecie miasto, w którym pierwsze promienie słońca tak przekornie poczynają sobie z topniejącym śniegiem, takie w nim zapalają tęczowe blaski i tak rycersko zmuszają go do ustąpienia? Gdzież jest na świecie miasto, w którym pierwsze wiosenne ciepło tak leniwie i radośnie przykleja zimową odzież do pleców i tak powołująco zmusza do jej zrzucenia? Gdzież jest na świecie miasto, w którym pachnący świeży wiatr od rzeki tyle w sobie niesie dziwnej melancholii, uciskającej duszę w pełne złota poranki, widoczne w prostokątach wiosennych, błękitnych okien? Gdzież jest na świecie miasto, w którym rozedrgane zmierzchy uliczne przepojone są tak trudną i nigdy nie wyjaśnioną tęsknotą za niewiadomym, za nigdy nie zniszczonym, za czymś, o czym nic nie wiemy, czego bardzo pragniemy i czego nigdy nie dostaniemy ani nie osiągniemy w naszym pojedynczym, własnym życiu.
Chyba nie ma na świecie takiego miasta, tak właśnie jak niepowtarzalne nigdzie indziej są warszawskie wiosenne zapachy, nastroje, uczucia i myśli. I dlatego nie mówcie nam o wiosnach paryskich czy wiedeńskich! Nam, którzy wiemy, czym jest, czym być potrafi warszawska wiosna.
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Link 17.11.2006 :: 22:10
Komentuj (0)
CZĘŚĆ TRZECIA
ROZDZIAŁ 3
1.
ULICA WILCZA, gdzieś w pobliżu skrzyżowania z Mokotowską, gdzie mieszkał Meteor.
"Zeszli drewnianymi schodami, klatką schodową w oficynie, przecięli podwórko, wyszli na Wilczą i skierowali się ku Mokotowskiej. Przechodząc obok małego zakładu fryzjerskiego, Meteor otworzył drzwi i zawołał: — Mefisto! Będę jutro o dziesiątej. Żebyś mi o tej porze trzymał puste krzesło, słyszysz?" str. 183
2.
KAWIARNIA "LAJKONIK", w której Meteor spotyka się w interesach z Egipcjaninem Jussufem oraz z Zylbersztajnem, znajduje się przy Placu Trzech Krzyży 16a.
"Kawiarenka była mała, wchodziło się do niej wprost z ulicy; nadawałaby się lepiej na sklepik kolonialny. Na bufecie stał błyszczący niklem ekspres do kawy, z sufitu zwisał ohydny żyrandol przypominający krajobraz powierzchni księżyca; małe stoliki i taborety stłoczono w ciasnej przestrzeni. W Warszawie zwano tę kawiarnię "Lajkonikiem", aczkolwiek nosiła ona oficjalnie jakąś inną, dość pompatyczną nazwę, której nikt nie znał. Cechująca ją niewygoda sprawiała, iż wszyscy czuli się w niej znakomicie i przytulnie, zaś jej ostentacyjna brzydota czyniła z niej ulubione miejsce spotkań warszawskich malarzy, grafików, architektów, czyli ludzi zajmujących się zawodowo i na co dzień pięknem. Ciasnota, bezpośrednie wpadanie do środka z ulicy i niskie stołeczki, na których siedziało się jak w kuchni u sąsiadów, stwarzały tu niezwykle gadatliwą atmosferę, nic więc dziwnego, że "Lajkonik" był najpotężniejszą w Warszawie kuźnią plotek." str. 184
3.
POCZTA NA ROGU ŻURAWIEJ I BRACKIEJ. To stąd Meteor dzwonił do inżyniera Wilgi.
"Meteor wszedł do urzędu pocztowego na Żurawiej, zamknął się w kabinie telefonicznej i nakręcił numer. - Halo - odezwał się obojętny męski głos. - Aluś - rzekł Meteor - tu ja. Dobrze, że cię zastałem. Słuchaj, czy ty jeszcze reflektujesz na taki wiosenny płaszcz, o jakim ci mówiłem? - Jak najbardziej - rzekł głos w słuchawce. - Aluchna, posłuchaj, przyślij po mnie auto, ale zaraz, i jeszcze dziś będziesz miał płaszcz z czeskiej popeliny. Ja jestem na poczcie, na rogu Żurawiej i Brackiej" str. 193
4.
SIEDZIBA SPÓŁDZIELNI PRACY "RADOŚĆ" mieszcząca się gdzieś na rubieżach Saskiej Kępy, prawdopodobnie w tych właśnie okolicach. Tu Meteor kupował płaszcze z "czeskiej popeliny"
"Płacąc na końcu Saskiej Kępy od strony Gocławka, zastanowił się przez chwilę, czy nie zatrzymać taksówki na powrotny kurą. "Za drogo!" - myślał ze zgryzotą. Przeszedł szybko odcinek dzielący go od drucianej siatki, za którą ciągnęły się długie, murowane baraki: ulice miały tu tylko jezdnie z kocich łbów, trotuary i wytyczone lokalizacje pod przyszłe zabudowania; od Wału Miedzeszyńskiego wiało lodowate wietrzysko. Meteor pchnął drzwi ze szklaną tablicą, na której niebieskie litery głosiły: "Spółdzielnia Pracy RADOŚĆ - Konfekcja - Odzież"." str. 195
5.
RÓG ŚWIĘTOKRZYSKIEJ I WIELKIEJ (dziś już nieistniejącej), gdzie Meteor spotkał Życzliwego.
"Ulica nazywała się Wielka - kiedyś, kiedy istniała. Obecnie stała tu poszarpana przez wojnę i połatana remontami duża kamienica. Ostatnia i przeznaczona do rozbiórki. Jej tłem był kremowy masyw ogromnego wieżowca. Wokół rozciągała się zryta wykopami i sfałdowana wzgórzami materiałów budowlanych przestrzeń największego placu w Europie. Placu, który się rodził w duszącym pyle, tumanach kurzu, w warkocie koparek, betoniarek, spychaczy.
Po ulicy Wielkiej pozostała jezdnia i krawężniki trotuarów, też skazane na zagładę. W gruncie rzeczy ulica Wielka, nawet w dobie swego rozkwitu, nie miała w sobie nic z wielkości. Stanowiła zaplecze ulicy Marszałkowskiej. Mieściły się przy niej drugorzędne jadłodajnie i kawiarnie pełne zakamarków, stołów bilardowych, bukmacherów i ściszonych rozmów na tematy wyścigowych afer.
Na rogu Świętokrzyskiej stał wysoki, żylasty mężczyzna około pięćdziesiątki, o opalonej, porytej zmarszczkami twarzy i przyglądał się wrącej wkoło pracy." str. 198
6.
SIEDZIBA SPÓŁDZIELNI PRACY "WORECZEK" na Próżnej. Według opisu miała się znajdować między ulicami Zielną i Marszałkowską. Kamienice po północnej stronie tego odcinka rozebrane zostały jeszcze w czasie wojny, natomiast te po stronie południowej dopiero kilka lat później, dlatego też właśnie tam musiała mieć siedzibę spółdzielnia.
"Życzliwy i Meteor skręcili w Próżną: ulica ta, krótka i dość wąska, zachowała ze zniszczeń kilka kamienic w całości. Były to secesyjne, czarnoszare, siedmiopiętrowe czynszówki, pełne balustrad i gzymsów, teraz odrapane, świecące nagą cegłą i obtłuczonym tynkiem, przygnębiające spękanym szychem wykładanych ongiś kolorowymi kafelkami bram. Niemniej ulica Próżna wyglądała czyściej i zamożniej niż ulica Bagno; były tu większe sklepy prywatne i spółdzielnie usługowe, zajmujące się handlem częściami samochodowymi, naprawą maszyn do pisania, sprzedażą opon i wulkanizacją dętek. Życzliwy i Meteor minęli przecznicę Próżnej, ulicę Zielną, i weszli do jednej z bram, zastawionej ciasno świeżymi, drewnianymi skrzynkami i kartonowymi pudłami, po czym skręcili w klatkę schodową od frontu. Wśród licznych szyldów i wywieszek po obu stronach bramy rzucała się szczególnie w oczy duża, emaliowana tablica, obwieszczająca czerwonymi literami na zielonkawym tle:
Spółdzielnia Pracy
WORECZEK
Wyroby galanteryjne
z mas plastycznych
- Wysoko do was - uśmiechnął się niechętnie Życzliwy. - Wysoko - przytwierdził Meteor. - Dlatego rzadko chodzę do biura. - Moglibyście uruchomić tę windę - rzekł Życzliwy, wskazując na zabity deskami prostokąt w ścianie klatki schodowej. - Nic panu nie będzie, panie Życzliwy, jak się pan przeleci sześć pięter. Przy pańskim zdrowiu.
Zatrzymali się na czwartym piętrze dla złapania oddechu: po obu stronach schodów ciągnęły się ciemne korytarze rozczłonkowanych na wypalonych piętrach mieszkań. Zalatywało zapachem topionej słoniny i gotowanej kapusty spoza lichych, dyktowych drzwi w gołym murze. Wyżej nie było mieszkań, natomiast wypalone ściany usiane były lasem desek, grubych belek, podstemplowujących piętro następne; istny labirynt oszalowań, ciasnych przejść i zakamarków. Następne, szóste piętro nosiło ślady starannego, nie liczącego się z kosztami remontu: drzwi po lewej stronie wiodły do niewielkiej fabryczki, skąd dochodził stukot małokalibrowych maszyn, widać było przez te drzwi długie stoły, pokryte płachtami różnokolorowego plastyku, ścinkami dywetyny, futrówki, różnych podszewek, wokół stołów uwijali się ludzie w roboczych kitlach. Na wprost schodów widniał zabity deskami otwór windy; na drzwiach po prawej stronie wisiała tabliczka z napisem: "Spółdzielnia Pracy WORECZEK — Dyrekcja". str. 214
7.
ULICA BAGNO, gdzie miał swoją kryjówkę Kudłaty.
"Wyszli z bramy i Meteor ruszył w stronę Marszałkowskiej. Merynos przeszedł Próżną, skręcił w ulicę Bagno i wszedł do jednej z odrapanych, niskich bram o rozprutych, łatanych drewnianymi poręczami klatkach schodowych. Za bramą ciągnęły się odarte z tynku, dwupiętrowe ściany nieregularnych podwórek, pełne załomów, starych, pokrytych spękaną papą dachów spiętrzonych brzydkimi, prowizorycznymi dobudówkami. W głębi szarzała potężna, wypalona baszta Cedegrenu, dawnej centrali telefonów: odsłonięte przez pożary i bomby wiązania i kondygnacje czerniały wśród popielatej cegły. Na bruku podwórek walało się stare żelastwo, zardzewiałe, połamane łóżka, resztki kabli, wspomnienia po samochodowych karoseriach. Merynos minął pierwsze podwórze i zatrzymał się przed budą ze starych, ciemnych desek, doczepioną do brudnego, plugawego muru: z muru, o kilka kroków dalej, wychylały się na wpół urwane drzwi z napisem "Wygódka". Otworzył kłódkę wiszącą na wejściu do budy ze starych desek: nad kłódką widniała tabliczka z napisem: "Spółdzielnia WORECZEK - Magazyny", po czym zszedł wąskimi schodami głęboko w dół. Na dole otworzył drugą kłódkę zabezpieczającą sztabę ciężkich, żelaznych drzwi w piwnicznej ścianie, które otworzył z klucza po zdjęciu sztaby. Zamknął za sobą żelazne drzwi i macał ręką w ciemnościach, póki nie trafił na kontakt. Zabłysła słaba żarówka i niejasno oświetliła niską, obszerną piwnicę, pełną skrzynek, pudeł, pociętych i związanych w wielkie naręcza deszczułek. Piwnica ciągnęła się załomami zatłoczonymi mnóstwem najróżniejszych przedmiotów: części rozmontowanych maszyn, opon samochodowych, stert makulatury, starego drutu, setek pustych, zakurzonych butelek. Wszystko to czyniło wrażenie zupełnego rozgardiaszu i przeszkody nie do przebycia, mimo to Merynos lawirował pewnie wśród tej dżungli sobie znanymi ścieżkami. Dobił wreszcie do ściany równo zastawionej aż po samo sklepienie drewnianymi skrzynkami i bez wysiłku pchnął framugową listwę stojaka, na którym stały skrzynki: cała ściana, wraz z półkami, uchyliła się lekko, zamontowana na obrotowej osi. Merynos przekręcił pobliski kontakt, ciemność ogarnęła piwnicę. Przez szparę w uchylonej ścianie wszedł do mdło oświetlonego, głębokiego wnętrza. Dochodził stamtąd niewyraźny, gniewny bełkot." str. 220
---
O, mody warszawskie!
Tak już jest, że żywiołowość mody męskiej przewyższa w Warszawie modę damską. Może stanowi to regułę i gdzie indziej, ale w Warszawie jest tak na pewno. Moda męska ma w tym mieście coś z sił natury bardziej ślepych i bezdusznych niż moda damska. Zdarza się, że model wiatrówki, nowy rodzaj wiązania krawata lub nowy typ popularnego obuwia zdobędzie sobie herb elegancji i wtedy młodzież męska Warszawy zaczyna się upodabniać do ogarniętego pożarem suchego lasu. Moda kobieca ulega w Warszawie pewnej indywidualizacji, niezbyt wymyślnej, to prawda, ale zawsze. Natomiast męska… Instynkt stadny, cechujący warszawiaków w sprawach mody, ma w sobie coś przygnębiającego. Jej spontaniczność równa jest jej bezmyślności. Jeśli panuje moda na szarość, wszyscy są w Warszawie szarzy, jeśli na kolorowość — kolorowi. Przeciętny warszawiak lubi to, co modne, nigdy natomiast nie zastanawia się nad tym, co ładne, nie rozważa swych upodobań, nie posiada własnych skłonności ku temu czy innemu przedmiotowi, takiemu czy innemu krojowi ubrania, tej czy innej barwie. Dlatego właśnie ginie w modnym tłumie. Albowiem ogromnej większości warszawiaków obca jest ta prosta prawda, że elegancja to nie to samo, co kosztowne naśladownictwo bieżącej mody, że elegancja to własne sympatie, uwydatnione w dobrze dobranym do własnej osoby ubraniu.
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Link 20.11.2006 :: 18:22
Komentuj (1)
CZĘŚĆ TRZECIA
ROZDZIAŁ 4
1.
SZPITAL DZIECIĄKA JEZUS MIĘDZY NOWORODZKĄ A OCZKI, w którym leżeli pobici przez Złego chuligani oraz doktor Halski, i w którym Dziarski spotkał Kolankę.
"Niski, czarny citroen przyhamował bezszelestnie przed bramą szpitala na Oczki. Z auta wyszedł porucznik Dziarski i rzekł do szofera: - Zaczekajcie. - Po czym wszedł w bramę, wyciągając rękę z legitymacją ku okienku portiera." str. 231
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Link 27.11.2006 :: 23:08
Komentuj (0)
CZĘŚĆ CZWARTA
ROZDZIAŁ 1
1.
RÓG KSIĄŻĘCEJ I CZERNIAKOWSKIEJ - tu Zły i Kalodont rozstali się, odbywszy wcześniej krótki spacer.
"Zatrzymali się na dole, przy zbiegu Książęcej i Czerniakowskiej. Człowiek w deszczowym płaszczu jakby się zawahl chwilę, uczynił lekki ruch ręką, jakby pragnął jeszcze coś powiedzieć. Po czym ręka opadła i wyciągnęła się ku Kalodontowi. Kalodont ujął ją z serdecznością. Była to ręka drobna, sucha, o stalowej sile i sprężystości palców. - Tymczasem, panie Juliuszu - rzekł głos spoza wysoko nastawionego kołnierza - do widzenia i dziękuję. - Czekam rychłego spotkania - rzekł pośpiesznie Kalodont. - Będę na pana czekał - dorzucił szybko i z uczuciem. Szczupła sylwetka odwróciła się, deszczowy płaszcz zalśnił czarno w pomroce słabego w tym miejscu oświetlenia ulicy i cała postać rozpłynęła się w przestrzeni rozległego, parkowego bulwaru pod skarpą." str. 246
2.
ŁAWECZKA W CENTRALNYM PARKU KULTURY, na której odbyli rozmowę Kalodont, Śmigło i Kompot. Musiała znajdować się w okolicach Pałacu Letniego (Willi Pniewskiego) w dole, za jego plecami. W XIX wieku faktycznie mieścił on bowiem lożę masońską.
"(...) Juliusz Kalodont zamknął kiosk, zasunąwszy uprzednio szybę wystawową mimo protestów gęstniejącego grona klientów, którym oświadczył krótko: - Sprawy osobiste. - Po czym oddalił się wolnym krokiem w stronę Centralnego Parku . (...) Toteż gdy usiedli na samotnej, odległej ławce w pustynnej alejce poniżej starego pałacyku, w którym zbierała się przed powstaniem listopadowym słynna i zasłużona loża masońska, autorytet Juliusza Kalodonta był już czymś ugruntowanym i niepodważalnym." str. 249
3.
KOLEJNA ŁAWECZKA W CENTRALNYM PARKU KULTURY, na której Kalodont rozmawiał z Martą.
"Przeszli szeroką, asfaltową aleją obok Frascati i usiedli na jednej z pierwszych ławek parku." str. 250
4.
ULICA FRASCATI to tu Zły czekał co dzień na Martę.
"Zaś wczoraj wieczorem, jak niemal codziennie od dwóch tygodni, czekały na mnie w ciemnościach ulicy Frascati jasne, jarzące się oczy. Oczy te nie patrzą wrogo ani groźnie, raczej smutnie, a nawet prosząco... Ale - są straszne, panie Juliuszu straszne!" str. 252
----------------------------------------------------------------------------------------------------