część 3 | rozdział 1


Link | Komentuj (0)

[36] DWORZEC GŁÓWNY, na który udał się pobity na Inflanckiej Meto, działał przy Towarowej 1, u zbiegu z Alejami Jerozolimskimi. Dworcowy bar był wówczas jednym z niewielu warszawskich lokali otwartych przez całą dobę. Dziś w budynku dworca mieści się Muzeum Kolejnictwa, a jego dawną funkcję przejął Dworzec Centralny.

Dotarł do Dworca Głównego od strony Twardej. Zaśmiecona hala zapełniała się opuszczającymi podmiejskie pociągi ludźmi. Przeciskał się w stronę sal bufetowych, nie zauważając nawet, z jaką odrazą ludzie usuwają się przed nim z drogi. W sali restauracyjnej na poły siedzieli, na poły leżeli zmięci, zmęczeni podróżni, spali kładąc nieświeże, tłuste twarze na podesłanych ramionach, opartych o nakryte brudnymi, papierowymi serwetami stoły.

[37] WARSZTAT KRAWIECKI IZYDORA TKACZYKA musiał znajdować się w kamienicy stojącej po północnej stronie ulicy Śliskiej, w pobliżu jej narożnika z Twardą (wówczas noszącą nazwę Krajowej Rady Narodowej. Tyrmand ponownie nie wymienia tej tymczasowej nazwy, każąc bohaterowi iść Żelazną do Śliskiej, podczas gdy obie ulice w rzeczywistości nie stykają się ze sobą, będąc połączone właśnie ulicą Twardą). Jedynie w tym miejscu przetrwała wojnę pasująca do opisu kamienica o dwóch podwórkach z oficynami. Dziś w miejscu tym znajduje się pusta przestrzeń pomiędzy nową zabudową.

Meto szedł wolno pod ciemnymi murami ulicy Towarowej. Poranek był pochmurny, mglisty, zimny. Skręcił w Srebrną, po czym Żelazną dotarł do Śliskiej. Wszedł do bramy jednej z kamienic: była to ponura, ogromna czynszówka o czarnych ścianach i wąskich, zastawionych żywnością oknach, jeden z tych warszawskich domów, w którym na pierwszy rzut oka widać, że mieszka w nim czterokrotnie więcej ludzi, niż zawiera on pomieszczeń, łącznie ze schodami, piwnicami, suterenami, strychem i tak zwaną górą. Meto minął pierwsze podwórze, studniaste, ciemne, o odrapanych murach, pełnych nikomu niepotrzebnych, żelaznych balkonów, po czym wszedł do oficyny w drugim podwórzu; stały tu wypalone od - drugiego piętra, częściowo odremontowane ściany, mieszkania wisiały nieoczekiwanie i fantastycznie: nad pustym wyimkiem wypalonego skrzydła domu, pomiędzy zerwanymi piętrami, jak drewniane budy z desek z oknami, umocowane gdzieś hen, wysoko między resztkami murów, zawieszone pomiędzy ołowianym niebem a śmietnikiem i trzepakiem podgórza. Meto wszedł na cuchnącą kocim łajnem klatkę schodową: nie było tu schodów, w górę wiodła murarska pochylnia z nabitymi poprzeczkami zamiast stopni. Wdrapał się na pierwsze piętro i zadzwonił do drzwi zdobnych w szklaną tabliczkę z napisem: "Izydor Tkaczyk - Krawiec".

[38] ULICA BRZESKA na Pradze – to tu mieszkał Meto.

- Nie poznaję cię. Meto - rzekł wolno Kruszyna. - Ktoś cię skosił na Inflanckiej jak ostatnią szmatę, a - ty idziesz spokojnie do domu. Może zapiszesz się do ZMP? Tam tylko czekają na ciebie. Dostaniesz robotę jako woźny i mieszkanie na Starówce. Coś nowego... Meto! Słynny kosior z prawobrzeżnej Warszawy, chluba ulicy Brzeskiej... Nie poszukasz tego kogoś?"

część 3 | rozdział 2


Link | Komentuj (1)

[39] ŁAWKA, na której redaktor Kolanko podsłuchał rozmowę pana w meloniku z Krzysiem, stała przed Starą Pomarańczarnią w Łazienkach, tuż obok pomnika księcia Józefa Poniatowskiego, dopiero w 1965 roku przeniesionego na Krakowskie Przedmieście.


fotopolska.eu

Skacząc w ten sposób dotarł do Pomarańczami, przystanął, zapatrzył się na pomnik księcia Józefa, wdepnął przez nieuwagę w najgorsze błoto, które wypełniło mu lewy półbut, zaklął tym razem brzydko i powędrował dalej, wściekły na roztopy i tradycję. Słońce grzało dojmująco. Kolanko odrzucił szalik i rozejrzał się za ławką. Stała w pobliżu jedna pusta, opodal wysokiego, bezlistnego żywopłotu. "Popatrzymy trochę na księcia Pepi" — pomyślał z upodobaniem Kolanko.

* Tyrmand o Warszawie:

Wiosna warszawska jest wiosną pokrzywdzoną. Morze atramentu wylano dla uświadomienia ludzkości uroków wiosny paryskiej czy wiedeńskiej. Powstała cała literatura muzyczna narzucająca światu nastroje tych wiosen. Ludzie na najróżniejszych równoleżnikach i południkach nauczyli się zachwycać paryską i wiedeńską wiosną, marzyć o nich, tęsknić do nich. Jest to ogromna mistyfikacja, oparta o reklamową potęgę sztuki: poeci, malarze i muzycy Wiednia i Paryża potrafili po prostu tak reklamować i spopularyzować swe wiosny, że uczynili z nich ideał dla reszty świata. Czas najwyższy zdemaskować tę grę! Warszawska wiosna na pewno w niczym nie ustępuje paryskiej czy wiedeńskiej. Gdzież jest bowiem na świecie miasto, w którym pierwsze promienie słońca tak przekornie poczynają sobie z topniejącym śniegiem, takie w nim zapalają tęczowe blaski i tak rycersko zmuszają go do ustąpienia? Gdzież jest na świecie miasto, w którym pierwsze wiosenne ciepło tak leniwie i radośnie przykleja zimową odzież do pleców i tak powołująco zmusza do jej zrzucenia? Gdzież jest na świecie miasto, w którym pachnący świeży wiatr od rzeki tyle w sobie niesie dziwnej melancholii, uciskającej duszę w pełne złota poranki, widoczne w prostokątach wiosennych, błękitnych okien? Gdzież jest na świecie miasto, w którym rozedrgane zmierzchy uliczne przepojone są tak trudną i nigdy nie wyjaśnioną tęsknotą za niewiadomym, za nigdy nie zniszczonym, za czymś, o czym nic nie wiemy, czego bardzo pragniemy i czego nigdy nie dostaniemy ani nie osiągniemy w naszym pojedynczym, własnym życiu.
Chyba nie ma na świecie takiego miasta, tak właśnie jak niepowtarzalne nigdzie indziej są warszawskie wiosenne zapachy, nastroje, uczucia i myśli. I dlatego nie mówcie nam o wiosnach paryskich czy wiedeńskich! Nam, którzy wiemy, czym jest, czym być potrafi warszawska wiosna.


część 3 | rozdział 3


Link | Komentuj (0)

[40] MIESZKANIE JERZEGO METEORA i ZAKŁAD FRYZJERSKI MEFISTOFELESA DZIURY znajdowały się na ulicy Wilczej (zakład prawdopodobnie pod numerem 10), na zachód od Mokotowskiej. Jedynie z tego miejsca można bowiem przejść dłuższy fragment ulicą Wilczą ku Mokotowskiej, tak jak zrobili to bohaterowie powieści. Wszystkie kamienice w tej okolicy miały też oficyny i podwórka.

Zeszli drewnianymi schodami, klatką schodową w oficynie, przecięli podwórko, wyszli na Wilczą i skierowali się ku Mokotowskiej. Przechodząc obok małego zakładu fryzjerskiego, Meteor otworzył drzwi i zawołał: — Mefisto! Będę jutro o dziesiątej. Żebyś mi o tej porze trzymał puste krzesło, słyszysz?

[41] KAWIARNIA "LAJKONIK" (oficjalna nazwa „Krakowianka”), w której Meteor spotkał się z Egipcjaninem Jussufem i Lową Zylbersztajnem, znajdowała się przy Placu Trzech Krzyży 16. Dziś mieści się tu jedna ze współczesnych kawiarni sieciowych, która zdecydowała się na odtworzenie pierwotnego wystroju wnętrza.


artmuseum.pl

Kawiarenka była mała, wchodziło się do niej wprost z ulicy; nadawałaby się lepiej na sklepik kolonialny. Na bufecie stał błyszczący niklem ekspres do kawy, z sufitu zwisał ohydny żyrandol przypominający krajobraz powierzchni księżyca; małe stoliki i taborety stłoczono w ciasnej przestrzeni. W Warszawie zwano tę kawiarnię "Lajkonikiem", aczkolwiek nosiła ona oficjalnie jakąś inną, dość pompatyczną nazwę, której nikt nie znał. Cechująca ją niewygoda sprawiała, iż wszyscy czuli się w niej znakomicie i przytulnie, zaś jej ostentacyjna brzydota czyniła z niej ulubione miejsce spotkań warszawskich malarzy, grafików, architektów, czyli ludzi zajmujących się zawodowo i na co dzień pięknem. Ciasnota, bezpośrednie wpadanie do środka z ulicy i niskie stołeczki, na których siedziało się jak w kuchni u sąsiadów, stwarzały tu niezwykle gadatliwą atmosferę, nic więc dziwnego, że "Lajkonik" był najpotężniejszą w Warszawie kuźnią plotek.

[42] POCZTA Warszawa 15, z której Meteor dzwonił do inżyniera Wilgi, mieści się przy Żurawiej 1, na samym rogu Placu Trzech Krzyży.

Meteor wszedł do urzędu pocztowego na Żurawiej, zamknął się w kabinie telefonicznej i nakręcił numer. - Halo - odezwał się obojętny męski głos. - Aluś - rzekł Meteor - tu ja. Dobrze, że cię zastałem. Słuchaj, czy ty jeszcze reflektujesz na taki wiosenny płaszcz, o jakim ci mówiłem? - Jak najbardziej - rzekł głos w słuchawce. - Aluchna, posłuchaj, przyślij po mnie auto, ale zaraz, i jeszcze dziś będziesz miał płaszcz z czeskiej popeliny. Ja jestem na poczcie, na rogu Żurawiej i Brackiej.

[43] SPÓŁDZIELNIA PRACY "RADOŚĆ", w której Meteor kupował płaszcze z "czeskiej popeliny", musiała mieścić się na wysokości ulicy Ateńskiej, gdzie kończyła się ówczesna zabudowa Saskiej Kępy.

Płacąc na końcu Saskiej Kępy od strony Gocławka, zastanowił się przez chwilę, czy nie zatrzymać taksówki na powrotny kurą. "Za drogo!" - myślał ze zgryzotą. Przeszedł szybko odcinek dzielący go od drucianej siatki, za którą ciągnęły się długie, murowane baraki: ulice miały tu tylko jezdnie z kocich łbów, trotuary i wytyczone lokalizacje pod przyszłe zabudowania; od Wału Miedzeszyńskiego wiało lodowate wietrzysko. Meteor pchnął drzwi ze szklaną tablicą, na której niebieskie litery głosiły: "Spółdzielnia Pracy RADOŚĆ - Konfekcja - Odzież".

[44] Spotkanie Meteora i Franciszka Życzliwego miało miejsce NA ROGU ŚWIĘTOKRZYSKIEJ I WIELKIEJ. Dziś ta ostatnia ulica już nie istnieje, wchłonął ją Plac Defilad.

Ulica nazywała się Wielka - kiedyś, kiedy istniała. Obecnie stała tu poszarpana przez wojnę i połatana remontami duża kamienica. Ostatnia i przeznaczona do rozbiórki. Jej tłem był kremowy masyw ogromnego wieżowca. Wokół rozciągała się zryta wykopami i sfałdowana wzgórzami materiałów budowlanych przestrzeń największego placu w Europie. Placu, który się rodził w duszącym pyle, tumanach kurzu, w warkocie koparek, betoniarek, spychaczy.
Po ulicy Wielkiej pozostała jezdnia i krawężniki trotuarów, też skazane na zagładę. W gruncie rzeczy ulica Wielka, nawet w dobie swego rozkwitu, nie miała w sobie nic z wielkości. Stanowiła zaplecze ulicy Marszałkowskiej. Mieściły się przy niej drugorzędne jadłodajnie i kawiarnie pełne zakamarków, stołów bilardowych, bukmacherów i ściszonych rozmów na tematy wyścigowych afer.
Na rogu Świętokrzyskiej stał wysoki, żylasty mężczyzna około pięćdziesiątki, o opalonej, porytej zmarszczkami twarzy i przyglądał się wrącej wkoło pracy.


[45] Siedziba SPÓŁDZIELNI PRACY „WORECZEK” musiała znajdować się w kamienicy przy Próżnej 12 (W drodze do niej autor każe iść bohaterom jednak nieco za daleko – poruszając się od strony Placu Grzybowskiego i mijając Zielną, nie znaleźliby już bowiem żadnej kamienicy. Ruiny wszystkich zachowanych domów na odcinku Próżnej między Zielną i Marszałkowską zostały wyburzone zaraz po wojnie). Był to jedyny dom na tej ulicy, mający siedem pięter (łącznie z poddaszem). W późniejszym okresie zmniejszony został do pięciu pięter i w tej formie przetrwał do dnia dzisiejszego.

Życzliwy i Meteor skręcili w Próżną: ulica ta, krótka i dość wąska, zachowała ze zniszczeń kilka kamienic w całości. Były to secesyjne, czarnoszare, siedmiopiętrowe czynszówki, pełne balustrad i gzymsów, teraz odrapane, świecące nagą cegłą i obtłuczonym tynkiem, przygnębiające spękanym szychem wykładanych ongiś kolorowymi kafelkami bram. Niemniej ulica Próżna wyglądała czyściej i zamożniej niż ulica Bagno; były tu większe sklepy prywatne i spółdzielnie usługowe, zajmujące się handlem częściami samochodowymi, naprawą maszyn do pisania, sprzedażą opon i wulkanizacją dętek. Życzliwy i Meteor minęli przecznicę Próżnej, ulicę Zielną, i weszli do jednej z bram, zastawionej ciasno świeżymi, drewnianymi skrzynkami i kartonowymi pudłami, po czym skręcili w klatkę schodową od frontu. Wśród licznych szyldów i wywieszek po obu stronach bramy rzucała się szczególnie w oczy duża, emaliowana tablica, obwieszczająca czerwonymi literami na zielonkawym tle:

Spółdzielnia Pracy
WORECZEK
Wyroby galanteryjne
z mas plastycznych

- Wysoko do was - uśmiechnął się niechętnie Życzliwy. - Wysoko - przytwierdził Meteor. - Dlatego rzadko chodzę do biura. - Moglibyście uruchomić tę windę - rzekł Życzliwy, wskazując na zabity deskami prostokąt w ścianie klatki schodowej. - Nic panu nie będzie, panie Życzliwy, jak się pan przeleci sześć pięter. Przy pańskim zdrowiu.
Zatrzymali się na czwartym piętrze dla złapania oddechu: po obu stronach schodów ciągnęły się ciemne korytarze rozczłonkowanych na wypalonych piętrach mieszkań. Zalatywało zapachem topionej słoniny i gotowanej kapusty spoza lichych, dyktowych drzwi w gołym murze. Wyżej nie było mieszkań, natomiast wypalone ściany usiane były lasem desek, grubych belek, podstemplowujących piętro następne; istny labirynt oszalowań, ciasnych przejść i zakamarków. Następne, szóste piętro nosiło ślady starannego, nie liczącego się z kosztami remontu: drzwi po lewej stronie wiodły do niewielkiej fabryczki, skąd dochodził stukot małokalibrowych maszyn, widać było przez te drzwi długie stoły, pokryte płachtami różnokolorowego plastyku, ścinkami dywetyny, futrówki, różnych podszewek, wokół stołów uwijali się ludzie w roboczych kitlach. Na wprost schodów widniał zabity deskami otwór windy; na drzwiach po prawej stronie wisiała tabliczka z napisem: "Spółdzielnia Pracy WORECZEK — Dyrekcja".


[46] MAGAZYN SPÓŁDZIELNI „WORECZEK”, w którym miał swą kryjówkę obywatel Kudłaty, znajdował się w piwnicach jednej z kamienic po zachodniej stronie ulicy Bagno, gdzie przetrwały wojnę resztki zrujnowanej zabudowy. Dziś przebieg ulicy Bagno jest całkowicie zmieniony, a po dawnym jej kształcie i zabudowaniach nie ma już śladu.


foto.kata.org.pl

Wyszli z bramy i Meteor ruszył w stronę Marszałkowskiej. Merynos przeszedł Próżną, skręcił w ulicę Bagno i wszedł do jednej z odrapanych, niskich bram o rozprutych, łatanych drewnianymi poręczami klatkach schodowych. Za bramą ciągnęły się odarte z tynku, dwupiętrowe ściany nieregularnych podwórek, pełne załomów, starych, pokrytych spękaną papą dachów spiętrzonych brzydkimi, prowizorycznymi dobudówkami. W głębi szarzała potężna, wypalona baszta Cedegrenu, dawnej centrali telefonów: odsłonięte przez pożary i bomby wiązania i kondygnacje czerniały wśród popielatej cegły. Na bruku podwórek walało się stare żelastwo, zardzewiałe, połamane łóżka, resztki kabli, wspomnienia po samochodowych karoseriach. Merynos minął pierwsze podwórze i zatrzymał się przed budą ze starych, ciemnych desek, doczepioną do brudnego, plugawego muru: z muru, o kilka kroków dalej, wychylały się na wpół urwane drzwi z napisem "Wygódka". Otworzył kłódkę wiszącą na wejściu do budy ze starych desek: nad kłódką widniała tabliczka z napisem: "Spółdzielnia WORECZEK - Magazyny", po czym zszedł wąskimi schodami głęboko w dół. (…) Przez szparę w uchylonej ścianie wszedł do mdło oświetlonego, głębokiego wnętrza. Dochodził stamtąd niewyraźny, gniewny bełkot.

* Tyrmand o Warszawie:

O, mody warszawskie!
Tak już jest, że żywiołowość mody męskiej przewyższa w Warszawie modę damską. Może stanowi to regułę i gdzie indziej, ale w Warszawie jest tak na pewno. Moda męska ma w tym mieście coś z sił natury bardziej ślepych i bezdusznych niż moda damska. Zdarza się, że model wiatrówki, nowy rodzaj wiązania krawata lub nowy typ popularnego obuwia zdobędzie sobie herb elegancji i wtedy młodzież męska Warszawy zaczyna się upodabniać do ogarniętego pożarem suchego lasu. Moda kobieca ulega w Warszawie pewnej indywidualizacji, niezbyt wymyślnej, to prawda, ale zawsze. Natomiast męska… Instynkt stadny, cechujący warszawiaków w sprawach mody, ma w sobie coś przygnębiającego. Jej spontaniczność równa jest jej bezmyślności. Jeśli panuje moda na szarość, wszyscy są w Warszawie szarzy, jeśli na kolorowość — kolorowi. Przeciętny warszawiak lubi to, co modne, nigdy natomiast nie zastanawia się nad tym, co ładne, nie rozważa swych upodobań, nie posiada własnych skłonności ku temu czy innemu przedmiotowi, takiemu czy innemu krojowi ubrania, tej czy innej barwie. Dlatego właśnie ginie w modnym tłumie. Albowiem ogromnej większości warszawiaków obca jest ta prosta prawda, że elegancja to nie to samo, co kosztowne naśladownictwo bieżącej mody, że elegancja to własne sympatie, uwydatnione w dobrze dobranym do własnej osoby ubraniu.


część 3 | rozdział 4


Link | Komentuj (2)

[47] Pobici przez Złego chuligani oraz doktor Halski leżeli w SZPITALU DZIECIĄTKA JEZUS, który ma swą siedzibę na Lindleya 4, u zbiegu z Oczki.

Niski, czarny citroen przyhamował bezszelestnie przed bramą szpitala na Oczki. Z auta wyszedł porucznik Dziarski i rzekł do szofera: - Zaczekajcie. - Po czym wszedł w bramę, wyciągając rękę z legitymacją ku okienku portiera.




mapa

część 1
część 2
część 3
część 4
część 5
część 6
część 7

epilog


© Leopold Tyrmand
"Zły", Warszawa 1955

© Paweł Kozdrowicz
pkozdrowicz@gmail.com