część 4 | rozdział 1


Link | Komentuj (0)

[48] ŁAWKA, na której odbyli rozmowę Juliusz Kalodont, Eugeniusz Śmigło i Fryderyk Kompot, stała w Centralnym Parku Kultury (dzisiejszy Park Marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza), u stóp Willi Pniewskiego, wzniesionej na miejscu dawnej loży masońskiej.

Juliusz Kalodont zamknął kiosk, zasunąwszy uprzednio szybę wystawową mimo protestów gęstniejącego grona klientów, którym oświadczył krótko: - Sprawy osobiste. - Po czym oddalił się wolnym krokiem w stronę Centralnego Parku . (...) Toteż gdy usiedli na samotnej, odległej ławce w pustynnej alejce poniżej starego pałacyku, w którym zbierała się przed powstaniem listopadowym słynna i zasłużona loża masońska, autorytet Juliusza Kalodonta był już czymś ugruntowanym i niepodważalnym.

[49] Nieopodal, na INNEJ ŁAWCE na skraju Centralnego parku Kultury, Kalodont rozmawiał z Martą.

Przeszli szeroką, asfaltową aleją obok Frascati i usiedli na jednej z pierwszych ławek parku.

[50] ULICA FRASCATI - to tu Zły codziennie czekał na Martę wracającą do swojego domu przy Konopnickiej.

Zaś wczoraj wieczorem, jak niemal codziennie od dwóch tygodni, czekały na mnie w ciemnościach ulicy Frascati jasne, jarzące się oczy. Oczy te nie patrzą wrogo ani groźnie, raczej smutnie, a nawet prosząco... Ale - są straszne, panie Juliuszu straszne!

część 4 | rozdział 2


Link | Komentuj (0)

[51] KINO ATLANTIC, przed którym w charakterze „konika” pracował Moryc, mieści się przy Chmielnej 33 (wówczas Rutkowskiego, który w latach 1952-1989 był patronem jej odcinka od Nowego Światu do Marszałkowskiej. W treści książki Tyrmand nie wymienia tymczasowej nazwy ulicy, nie nazywając jej wcale).

Ulica, przy której znajduje się kino „Atlantic”, leży w samym sercu Warszawy: od zachodu wpada na największy plac w Europie jak rzeka do ogromnego jeziora. Jest to ulica dość wąska, ale za to brudna, zakurzona i brzydka, bardzo odpychająca, ożywiona i ciekawa. W czasie zmagań wojennych została niezbyt mocno poharatana, a ponieważ nikt nie liczył się z możliwością jej rekonstrukcji, przeto przez dziesięć lat pozostawała w takim samym mniej więcej stanie jak zaraz po powstaniu. (…) Południowa strona ulicy była bardziej zniszczona i po tej stronie mieściło się właśnie kino „Atlantic”.

[52] PIERWSZA BAZA BANDY MORYCA znajdowała się w bramie na Chmielnej (wówczas Rutkowskiego), vis a vis kina Atlantic.

Mechciński przeszedł na drugą stronę ulicy; w bramie naprzeciw kina kilka niewysokich, ciemnych postaci paliło papierosy, opierając się nonszalancko o mur. — Co jest? — krzyknął Mechciński, wchodząc do bramy. — Fajerant czy co?

[53] DRUGA BAZA BANDY MORYCA znajdowała się w ruinach jednej ze zniszczonych w czasie wojny i zastąpionych wkrótce nową zabudową kamienic po południowej stronie Chmielnej (wówczas Rutkowskiego), między kinem Atlantic a ulicą Bracką.

— Chodź do drugiej bazy — rzekł do Kruszyny i ruszył w stronę Brackiej. (…) Mechciński i Kruszyna poszli parę kroków w głąb ulicy i skręcili w jedną z bram po tej samej stronie, co kino. (…) Była to słabo oświetlona brama o stropie postrzępionym w zwisające płaty starej farby, wyglądające w półmroku jak stalaktyty. Po wyjściu na podwórko okazało się, że jest to dom posiadający jedynie parterową obudowę od frontu: w podwórzu stała prawa strona dawnej kamienicy, zresztą wypalona, tu i ówdzie tylko wyremontowana. W oknach kilku mieszkań paliło się światło. Po lewej stronie niski murek obrębiał ciasną przestrzeń podwórza; murek miał około metra wysokości i rozciągała się za nim głęboka czerń zgruzowanych przed dziesięciu laty kamienic. (…) Daleko po lewej stronie wznosił się szeroki masyw szczytowej ściany wielkiego domu towarowego z ulicy Brackiej, w głębi widniały światła mieszkań od strony podwórek ulicy Widok.

[54] BAR „SŁODYCZ” (kategorii IV) mieścił się na rogu Żelaznej i Krochmalnej. Do książkowego opisu pasuje zachowana do dziś kamienica zajmująca południowo-wschodni narożnik, funkcjonująca pod adresem Żelazna 64.

Kuba Wirus przystanął na rogu Żelaznej i Krochmalnej, rozejrzał się wokoło, po czym spojrzał w górę. Szeroko i wysoko ciągnęła się tu odrapana ściana domu, usiana żelaznymi balkonikami. Z obydwu stron kamienicy widać było czarne deski wysokiego parkanu, zakończonego drutem kolczastym. Tuż przy Kubusiu widniały założone okiennicami okna parteru: przez szpary okiennic przesączało się światło i muzyka akordeonu. Wieczór był chłodny i drzwi wejściowe zamknięte. W drzwiach, za szybą, wisiała szklana tablica, głosząca niebieskimi literami: „Warszawskie Zakłady Gastronomiczne — Bar «Słodycz» — IV Kategoria”.

[55] HOTEL POLONIA, do którego udali się Kruszyna i Moryc, nieprzerwanie przyjmuje gości w Alejach Jerozolimskich 45.

— Idziemy na skos — rzekł Kruszyna, gdy stanęli na skraju największego placu w Europie. W oddali jarzyły się światła Alei Jerozolimskich i hotelu „Polonia”. Wydostali się na brzeg Alei Jerozolimskich przez opłotki zagrodzeń i klucząc wśród stert desek. — Też masz pomysły… — odetchnął z ulgą Moryc, gdy stanęli przed „Polonią”. Kruszyna pchnął drzwi, spoza których wychyliła się spocona, długa twarz z cienkim blond wąsikiem. — Nie ma miejsca! Komplet!

[56] DWORZEC ŚRÓDMIEŚCIE, z którego Moryc ruszył pociągiem do mieszkającej w Aninie Hanki, stoi w Alejach Jerozolimskich 50.

W świetle ulicy spojrzał na zegarek. „Jeszcze zdążę — pomyślał. — W sam raz”. Wszedł do pustej hali dworca Śródmieście. O której odchodzi ostatni do Anina? — spytał drzemiącego za wąską szybką kasjera. — Za piętnaście minut — rzekł kasjer, ziewając. — Poooop–roszę… — rzekł Moryc, zacinając się. Kasjer uśmiechnął się pobłażliwie, wyjął bilet z automatu i wziął pieniądze. — Panie, reszta! — krzyknął za odchodzacym chwiejnie Morycem.

[57] DWORZEC WSCHODNI, na którym Moryc wpadł pod pociąg, zajmował wówczas prowizoryczne budynki, mieszczące się na terenie zniszczonych w czasie wojny dworcowych zabudowań przy Lubelskiej 1. Dopiero w 1969 roku otrzymał on dzisiejszy kształt.


sztuka.net

Pociąg wjeżdżał szybko na tory Dworca Wschodniego. Moryc skoczył do tyłu; Siupka z szaleńczym krzykiem stoczył się z półki na ławkę. Ciemna postać w głębi poderwała się do przodu, gubiąc po drodze melonik i odrzucając parasol. Człowiek o białych oczach wyprysnął jak rakieta przed siebie. Ciemna postać skłębiła się z Siupką w klnący, krzyczący z przerażenia, toczący się ku wejściu tobół. — Hamulec! — ryknął Siupka. Człowiek o białych oczach przebił ostatnim skokiem powietrze. Wszystko na próżno: Właśnie rozsunęły się z szybkim, pneumatycznym przydechem drzwi po obu stronach wagonu i oślepiony strachem Mechciński rzucił się obłąkańczo w lewo, wprost pod koła wpadającego na dworzec ekspresu z Gdańska. Rozległ się straszliwy krzyk, Siupka zawisł na hamulcu i cały dworzec rozdygotał nawałnicą dzwonków alarmowych.

* Tyrmand o Warszawie:

O, intonacje warszawskie!
Wielkie miasto wytwarza własną gwarę, miejski żargon, którego słowa i zdania nabrzmiałe są mnóstwem treści, dostępnych wyłącznie ludziom w tym mieście żyjącym. O gwarze warszawskiej decydują jednak nie wyrazy, lecz intonacje. Nie znaczy to, że gwara ta nie posiada mnóstwa słów zrodzonych w glebie tego miasta. Istnieje ogromna ilość słów i zwrotów, które tutaj wypowiedziane zostały po raz pierwszy i tutaj doszły do rangi znaczeń wyjątkowych i niepowtarzalnych, arcytrafnych i arcyśmiesznych. Niemniej — nie wyrażenia i zwroty decydują o warszawskiej gwarze. Prawdziwa gwara Warszawy to intonacja. W małym słówku „na pewno” rodowity warszawiak potrafi zawrzeć tak przebogaty wachlarz znaczeń i nastrojów, o jakim pojęcia nie mają i mieć nie mogą ludzie wymawiający to słowo w innych miastach lub w innych językach. W warszawskim „na pewno” rozbrzmiewa, zależnie od okoliczności, groźba lub prośba, pogarda lub szyderstwo, nadzieja lub zwątpienie, chwiejność lub moc charakteru. Odcień głosu, modulacja, akcent — oto, co decyduje o gwarze warszawskiej. Intonacja wyrażeń takich, jak „po co ta mowa” albo „nigdy w życiu”, zawiera w sobie częstokroć ekspresję zastępującą najgorsze przekleństwa lub błagalną pokorą. Intonacja — oto, co decyduje.


Dziwne dzielnice, dziwne dzielnice!… Inaczej wyglądają we dnie, a inaczej w nocy. Inne w dzień, a inne w nocy są w nich szmery i odgłosy, wonie i nastroje, zdarzenia i przeznaczenia ludzkie. W dzień są leniwe i pyskate, biedne i brudne, pochłonięte pracą i staraniami o rzeczy małe. W nocy ożywają tu złe a potężne tradycje: na narożnikach ciemnych ulic, na czarnym tle wąskich jarów ulicznych, których stoki tworzą ruiny i wypalone kamienice, tkwią zamazane postacie bez twarzy i rąk, ze zwisającym spod cyklistówki ognikiem papierosa. W dzień widać fasady odrażających czynszówek, widać ruiny i wysłane miałem ceglanym place po rozebranych zgliszczach, widać krzywe, czarne płoty, cementowe ogrodzenia i kolczaste druty, widać sklepiki, brudne fryzjernie, małe warsztaty ślusarskie i samochodowe, prywatne stacyjki obsługi aut, spółdzielnie wyrabiające szczotki i gwoździe, aparaty do piwa i tanią konfekcję, kwaszarnie kapusty i ogórków, kieszonkowe fabryczki marmolady i konserw. W nocy snują się tu uporczywie opary najgorszych warszawskich klechd o Urke Nachalnikach, Szpicbródkach i Tasiemkach; niskie, czarne latarnie, w których żarówka zastąpiła gazowe oświetlenie sprzed półwiecza, otula mgła męczących wspomnień, zaś z mgły tej wyłania się uparcie postać Czarnej Mańki, opartej o ich żelazny, karbowany słup. W dzień widać, że dzielnicami tymi przeszła straszna, niszcząca wojna, widać, jak nadciąga ku nim odbudowa i przebudowa, widać zdarte bombami i domowym sposobem zamurowane, zabite deskami wyrwy, samodziałowe remonty, poprawki, przybudówki, widać czerwieniejące i zieleniejące wiosennymi warzywami targowiska, widać wietrzącą się pościel w oknach i (rzepaki na brudnych podwórzach, widać zwykły, człowieczy trud i znój, krzątanie się wokół lepszego bytu, goniące się dzieci i małe interesy drobnych kombinatorów, gorączkowe i śmieszne. W nocy nic widać tu nic prócz prostokątów źle oświetlonych okien w górze i pustej czerni wąwozów ulicznych z jarzącymi się tu i ówdzie wejściami do pieczar–knajp: natomiast wyczuwa się tu i słyszy mnóstwo skłębionych, nieodcyfrowanych, trudnych do ujęcia słowami spraw. Tych spraw, którymi żyją nocami Żelazna i Grzybowska. Waliców i Krochmalna. Łucka i Sienna. Ceglana i Pańska…

część 4 | rozdział 3


Link | Komentuj (5)

MIEJSCA, W KTÓRYCH DOKONYWANO WERBUNKU DO BANDY KRUSZYNY:

- [58] ALEJA NIEPODLEGŁOŚCI

Ulica tonęła w słońcu. Był koniec kwietnia, dziewczęta jaśniały kolorami spódnic i obcisłych sweterków, na widok których twarze mężczyzn spinały się ambicją i wolą zwycięstw. Rozłożysta aleja Niepodległości rozkopana była pośrodku rowami zakładanych przewodów. Wiosenny deszcz, zmieszany z gliną wykopów, zostawiał po sobie obszerne, żółte kałuże.
Przy układaniu płyt chodnikowych śmiało się kilku młodych robotników w utaplanych, granatowych drelichach.


- [59] PARK SKARYSZEWSKI

Kwietniowy wieczór w parku Skaryszewskim pełen jest melodii i zapachów. Od kamionkowskich stawów ciągnie wilgotny, gorzki powiew, rzadko rozstawione ławki obsadzone są przez pojedyncze pary. Od pobliskiego wesołego miasteczka na Zielenieckiej dobiegają strzępy melodii z karuzelowych adapterów i okrzyki z huśtawek, krzewy i aleje pełne są westchnień i szeptów.

- [60] PUŁAWSKA RÓG RAKOWIECKIEJ, naprzeciwko nieistniejącego już dziś Kina Moskwa (Puławska 19). Po raz kolejny Tyrmand nie wymienia nazwy kina, która w owym okresie mogła kojarzyć się pejoratywnie.


fotopolska.eu

Bulwarowy charakter ulicy Puławskiej nęci spacerowiczów, zwłaszcza w pogodne, kwietniowe zmierzchy, gdy niebo staje się liliowe, a przejrzystość powietrza sprawia wrażenie delikatnej, drgającej siateczki wokół spojrzeń i oddechów. Zbieg Puławskiej i Rakowieckiej, naprzeciw wielkiego kina, stanowi zatem ulubione miejsce promenad mieszkańców dzielnicy. Nikt nie zwraca tu uwagi na grupkę krzepkich, opalonych wyrostków w jednej z bram.

- [61] ULICA WSPÓLNA

Na rusztowaniu drugiego piętra wykańczanego bloku przy ulicy Wspólnej stało dwóch młodych ludzi uwalanych wapnem, w cyklistówkach wciśniętych w ten sposób na głowy, że jasne strąki przyduszonych włosów tworzyły rodzaj potarganej aureoli nad twarzami o rysach grubych, lecz wesołych.

[62] SKLEP SPOŻYWCZY NA LWOWSKIEJ, w którym Kruszyna rozmawiał z Szają, znajdował się na południowo-zachodnim krańcu Koszykowej, vis a vis Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej.

— Dam ci znać — rzekł Kruszyna.
Po czym wstał, narzucił płaszcz i wyszedł bez pożegnania z pokoju. Przeszedł ciasny, niechlujny sklepik spożywczy, za ladą stała chuda kobieta o nieczystej cerze i kłóciła się jazgotliwie z tłumkiem klientów, i wyszedł na ulicę Lwowską, cienistą, mimo słońca, w obudowie wielkich, secesyjnych kamienic.


[63] Selekcja do bandy Kruszyny odbyła się w wykańczanym właśnie gmachu przyszłego HOTELU MDM, działającego do dziś przy Placu Konstytucji 1.

Właśnie w sercu Warszawy, na emdeemowskim placu, stał przez pewien czas taki gmach — wielki, pięciopiętrowy, rozłożysty. Budowany był jako hotel, trzeba zaś przyznać, że współczesne hotele w chwilach potrzeby spełniać mogą role różne a ważne; ostatecznie był czas, gdy połowa życia państwowego i politycznego kraju koncentrowała się w warszawskim hotelu „Polonia”, Te tradycje żyły jeszcze i zanim ów gmach na MDM–ie rozpoczął przeznaczony mu żywot hotelu, różne centralne zarządy i komisje, sezonowe i efemeryczne, postarały się o pozwolenie na urządzenie w nim swych biur, zadowoliły się one przepierzeniami z desek miast ścian na kondygnacjach nie wykończonego gmachu oraz pochylniami murarskimi miast schodów. Po niejakim czasie komisje zakończyły swą egzystencję i życie jakby uleciało z tego gmachu, świecącego za dnia zdrowym rumieńcem świeżej cegły, lecz pustego wewnątrz i martwego. (…) O godzinie wpół do jedenastej wieczorem zatrzymała się przed gmachem niedoszłego hotelu buldogowata ciężarówka marki „Chevrolet”, zwana przez warszawskich szoferów kanadyjką. Z szoferki wysiadł Robert Kruszyna i rzekł do siedzącego za kierownicą Meteora: — Zaczekaj chwilę. — Z tyłu, z platformy ciężarówki zeskoczył Szaja i rzucił: Proszę za mną. — Po czym obydwaj przekroczyli wątłe, nadłamane ogrodzenie z desek i weszli do gmachu.

[64] Samochód Egipcjanina Jussufa zniszczony został na WYBRZEŻU KOŚCIUSZKOWSKIM - na północ od Mostu Poniatowskiego, przy nitce jezdni prowadzącej w kierunku Żoliborza.

Meteor zapuścił i buldogowaty chevrolet potoczył się ku Pięknej. Meteor prowadził szybko i pewnie pustawymi o tej porze ulicami. Przetoczył się Mokotowską, przeciął plac Trzech Krzyży, skręcił w Aleje Jerozolimskie ku Wiśle i zjechał ślimakiem w dół, na Wybrzeże Kościuszkowskie. Tu zwolnił i jechał wśród gazonów nadwiślańskiego bulwaru, rozglądając się na beki, jakby czegoś wypatrywał. Po chwili cicho przyhamował, o pięćdziesiąt metrów dalej ciemniała sylwetka nowoczesnego auta.

[65] KOMISARIAT MO, na który pojechano zgłosić uszkodzenie wozu, znajdował się przy Bednarskiej 23.

Gdy oliwkowy humber skręcił w Bednarską, pan w meloniku wrzucił z wysiłkiem drugi bieg, zaś jego stalowy rumak, pykając z wytężenia, rozpoczął wspinanie się pod górę. Gdy humber przyhamował przed komisariatem milicji, pan w meloniku złapał gorączkowo, lecz przytomnie za umieszczony na zewnątrz, za burtą nadwozia hamulec i przystanął o kilkadziesiąt metrów z tyłu, po czym wysiadł i własnymi plecami podparł wierny środek lokomocji, który wyrażał zdecydowaną tendencję do powrotnego staczania się po pochyłej stromiźnie ulicy Bednarskiej.

[66] WARSZTAT INŻYNIERA WILGI znajdował się w kamienicy na Krochmalnej. Mogła ona stać zarówno na odcinku ulicy ciągnącym się na zachód, jak i na wschód od Żelaznej. Po obu jej stronach stały jeszcze wówczas zwarte pierzeje zniszczonych w czasie wojny domów. Dziś zachodni odcinek Krochmalnej zniknął już całkiem z planów Warszawy. Na wschodnim zachowały się zaś tylko narożne kamienice u zbiegu z Żelazną.

W ten sposób, trzymając się bohatersko szybkiej angielskiej maszyny, przebiegł ulicę Królewską, Graniczną, Grzybowską, Żelazną, odprowadzając pięknego humbera aż do odrapanej kamienicy przy ulicy Krochmalnej, w której bramie wóz znikł. Pan w meloniku wysiadł ze swego zadyszanego pojazdu i zbliżył się do bramy; z boku, wśród wielu innych tabliczek i szyldów, odczytał napis: „Inż. Albert Wilga — Warsztaty samochodowe — Części zamienne — Naprawa”.

część 4 | rozdział 4


Link | Komentuj (4)

[67] Proces w sprawie incydentu z Mechcińskim odbył się w gmachu SĄDÓW NA LESZNIE. Stosowanie tej przedwojennej nomenklatury na określenie tego miejsca spotykane bywa w Warszawie do dziś. W praktyce ówczesnym adresem sądu była Aleja Karola Świerczewskiego, dziś zaś Aleja Solidarności 127.

Marta i Kalodont zatrzymali się przed ogromnym gmachem na Lesznie. Masywny portal z ciosanych głazów uwieńczony był ciężkim nawisem z burego piaskowca, na którym klasycznie żłobione litery głosiły: „Sprawiedliwość ostoją mocy i trwałości Rzeczypospolitej”.

część 4 | rozdział 5


Link | Komentuj (0)

Akcja rozdziału toczy się w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Olimpia Szuwar przychodzi w odwiedziny do leżącego tam Halskiego.




mapa

część 1
część 2
część 3
część 4
część 5
część 6
część 7

epilog


© Leopold Tyrmand
"Zły", Warszawa 1955

© Paweł Kozdrowicz
pkozdrowicz@gmail.com