część 4 | rozdział 2


Link | Komentuj (0)

[51] KINO ATLANTIC, przed którym w charakterze „konika” pracował Moryc, mieści się przy Chmielnej 33 (wówczas Rutkowskiego, który w latach 1952-1989 był patronem jej odcinka od Nowego Światu do Marszałkowskiej. W treści książki Tyrmand nie wymienia tymczasowej nazwy ulicy, nie nazywając jej wcale).

Ulica, przy której znajduje się kino „Atlantic”, leży w samym sercu Warszawy: od zachodu wpada na największy plac w Europie jak rzeka do ogromnego jeziora. Jest to ulica dość wąska, ale za to brudna, zakurzona i brzydka, bardzo odpychająca, ożywiona i ciekawa. W czasie zmagań wojennych została niezbyt mocno poharatana, a ponieważ nikt nie liczył się z możliwością jej rekonstrukcji, przeto przez dziesięć lat pozostawała w takim samym mniej więcej stanie jak zaraz po powstaniu. (…) Południowa strona ulicy była bardziej zniszczona i po tej stronie mieściło się właśnie kino „Atlantic”.

[52] PIERWSZA BAZA BANDY MORYCA znajdowała się w bramie na Chmielnej (wówczas Rutkowskiego), vis a vis kina Atlantic.

Mechciński przeszedł na drugą stronę ulicy; w bramie naprzeciw kina kilka niewysokich, ciemnych postaci paliło papierosy, opierając się nonszalancko o mur. — Co jest? — krzyknął Mechciński, wchodząc do bramy. — Fajerant czy co?

[53] DRUGA BAZA BANDY MORYCA znajdowała się w ruinach jednej ze zniszczonych w czasie wojny i zastąpionych wkrótce nową zabudową kamienic po południowej stronie Chmielnej (wówczas Rutkowskiego), między kinem Atlantic a ulicą Bracką.

— Chodź do drugiej bazy — rzekł do Kruszyny i ruszył w stronę Brackiej. (…) Mechciński i Kruszyna poszli parę kroków w głąb ulicy i skręcili w jedną z bram po tej samej stronie, co kino. (…) Była to słabo oświetlona brama o stropie postrzępionym w zwisające płaty starej farby, wyglądające w półmroku jak stalaktyty. Po wyjściu na podwórko okazało się, że jest to dom posiadający jedynie parterową obudowę od frontu: w podwórzu stała prawa strona dawnej kamienicy, zresztą wypalona, tu i ówdzie tylko wyremontowana. W oknach kilku mieszkań paliło się światło. Po lewej stronie niski murek obrębiał ciasną przestrzeń podwórza; murek miał około metra wysokości i rozciągała się za nim głęboka czerń zgruzowanych przed dziesięciu laty kamienic. (…) Daleko po lewej stronie wznosił się szeroki masyw szczytowej ściany wielkiego domu towarowego z ulicy Brackiej, w głębi widniały światła mieszkań od strony podwórek ulicy Widok.

[54] BAR „SŁODYCZ” (kategorii IV) mieścił się na rogu Żelaznej i Krochmalnej. Do książkowego opisu pasuje zachowana do dziś kamienica zajmująca południowo-wschodni narożnik, funkcjonująca pod adresem Żelazna 64.

Kuba Wirus przystanął na rogu Żelaznej i Krochmalnej, rozejrzał się wokoło, po czym spojrzał w górę. Szeroko i wysoko ciągnęła się tu odrapana ściana domu, usiana żelaznymi balkonikami. Z obydwu stron kamienicy widać było czarne deski wysokiego parkanu, zakończonego drutem kolczastym. Tuż przy Kubusiu widniały założone okiennicami okna parteru: przez szpary okiennic przesączało się światło i muzyka akordeonu. Wieczór był chłodny i drzwi wejściowe zamknięte. W drzwiach, za szybą, wisiała szklana tablica, głosząca niebieskimi literami: „Warszawskie Zakłady Gastronomiczne — Bar «Słodycz» — IV Kategoria”.

[55] HOTEL POLONIA, do którego udali się Kruszyna i Moryc, nieprzerwanie przyjmuje gości w Alejach Jerozolimskich 45.

— Idziemy na skos — rzekł Kruszyna, gdy stanęli na skraju największego placu w Europie. W oddali jarzyły się światła Alei Jerozolimskich i hotelu „Polonia”. Wydostali się na brzeg Alei Jerozolimskich przez opłotki zagrodzeń i klucząc wśród stert desek. — Też masz pomysły… — odetchnął z ulgą Moryc, gdy stanęli przed „Polonią”. Kruszyna pchnął drzwi, spoza których wychyliła się spocona, długa twarz z cienkim blond wąsikiem. — Nie ma miejsca! Komplet!

[56] DWORZEC ŚRÓDMIEŚCIE, z którego Moryc ruszył pociągiem do mieszkającej w Aninie Hanki, stoi w Alejach Jerozolimskich 50.

W świetle ulicy spojrzał na zegarek. „Jeszcze zdążę — pomyślał. — W sam raz”. Wszedł do pustej hali dworca Śródmieście. O której odchodzi ostatni do Anina? — spytał drzemiącego za wąską szybką kasjera. — Za piętnaście minut — rzekł kasjer, ziewając. — Poooop–roszę… — rzekł Moryc, zacinając się. Kasjer uśmiechnął się pobłażliwie, wyjął bilet z automatu i wziął pieniądze. — Panie, reszta! — krzyknął za odchodzacym chwiejnie Morycem.

[57] DWORZEC WSCHODNI, na którym Moryc wpadł pod pociąg, zajmował wówczas prowizoryczne budynki, mieszczące się na terenie zniszczonych w czasie wojny dworcowych zabudowań przy Lubelskiej 1. Dopiero w 1969 roku otrzymał on dzisiejszy kształt.


sztuka.net

Pociąg wjeżdżał szybko na tory Dworca Wschodniego. Moryc skoczył do tyłu; Siupka z szaleńczym krzykiem stoczył się z półki na ławkę. Ciemna postać w głębi poderwała się do przodu, gubiąc po drodze melonik i odrzucając parasol. Człowiek o białych oczach wyprysnął jak rakieta przed siebie. Ciemna postać skłębiła się z Siupką w klnący, krzyczący z przerażenia, toczący się ku wejściu tobół. — Hamulec! — ryknął Siupka. Człowiek o białych oczach przebił ostatnim skokiem powietrze. Wszystko na próżno: Właśnie rozsunęły się z szybkim, pneumatycznym przydechem drzwi po obu stronach wagonu i oślepiony strachem Mechciński rzucił się obłąkańczo w lewo, wprost pod koła wpadającego na dworzec ekspresu z Gdańska. Rozległ się straszliwy krzyk, Siupka zawisł na hamulcu i cały dworzec rozdygotał nawałnicą dzwonków alarmowych.

* Tyrmand o Warszawie:

O, intonacje warszawskie!
Wielkie miasto wytwarza własną gwarę, miejski żargon, którego słowa i zdania nabrzmiałe są mnóstwem treści, dostępnych wyłącznie ludziom w tym mieście żyjącym. O gwarze warszawskiej decydują jednak nie wyrazy, lecz intonacje. Nie znaczy to, że gwara ta nie posiada mnóstwa słów zrodzonych w glebie tego miasta. Istnieje ogromna ilość słów i zwrotów, które tutaj wypowiedziane zostały po raz pierwszy i tutaj doszły do rangi znaczeń wyjątkowych i niepowtarzalnych, arcytrafnych i arcyśmiesznych. Niemniej — nie wyrażenia i zwroty decydują o warszawskiej gwarze. Prawdziwa gwara Warszawy to intonacja. W małym słówku „na pewno” rodowity warszawiak potrafi zawrzeć tak przebogaty wachlarz znaczeń i nastrojów, o jakim pojęcia nie mają i mieć nie mogą ludzie wymawiający to słowo w innych miastach lub w innych językach. W warszawskim „na pewno” rozbrzmiewa, zależnie od okoliczności, groźba lub prośba, pogarda lub szyderstwo, nadzieja lub zwątpienie, chwiejność lub moc charakteru. Odcień głosu, modulacja, akcent — oto, co decyduje o gwarze warszawskiej. Intonacja wyrażeń takich, jak „po co ta mowa” albo „nigdy w życiu”, zawiera w sobie częstokroć ekspresję zastępującą najgorsze przekleństwa lub błagalną pokorą. Intonacja — oto, co decyduje.


Dziwne dzielnice, dziwne dzielnice!… Inaczej wyglądają we dnie, a inaczej w nocy. Inne w dzień, a inne w nocy są w nich szmery i odgłosy, wonie i nastroje, zdarzenia i przeznaczenia ludzkie. W dzień są leniwe i pyskate, biedne i brudne, pochłonięte pracą i staraniami o rzeczy małe. W nocy ożywają tu złe a potężne tradycje: na narożnikach ciemnych ulic, na czarnym tle wąskich jarów ulicznych, których stoki tworzą ruiny i wypalone kamienice, tkwią zamazane postacie bez twarzy i rąk, ze zwisającym spod cyklistówki ognikiem papierosa. W dzień widać fasady odrażających czynszówek, widać ruiny i wysłane miałem ceglanym place po rozebranych zgliszczach, widać krzywe, czarne płoty, cementowe ogrodzenia i kolczaste druty, widać sklepiki, brudne fryzjernie, małe warsztaty ślusarskie i samochodowe, prywatne stacyjki obsługi aut, spółdzielnie wyrabiające szczotki i gwoździe, aparaty do piwa i tanią konfekcję, kwaszarnie kapusty i ogórków, kieszonkowe fabryczki marmolady i konserw. W nocy snują się tu uporczywie opary najgorszych warszawskich klechd o Urke Nachalnikach, Szpicbródkach i Tasiemkach; niskie, czarne latarnie, w których żarówka zastąpiła gazowe oświetlenie sprzed półwiecza, otula mgła męczących wspomnień, zaś z mgły tej wyłania się uparcie postać Czarnej Mańki, opartej o ich żelazny, karbowany słup. W dzień widać, że dzielnicami tymi przeszła straszna, niszcząca wojna, widać, jak nadciąga ku nim odbudowa i przebudowa, widać zdarte bombami i domowym sposobem zamurowane, zabite deskami wyrwy, samodziałowe remonty, poprawki, przybudówki, widać czerwieniejące i zieleniejące wiosennymi warzywami targowiska, widać wietrzącą się pościel w oknach i (rzepaki na brudnych podwórzach, widać zwykły, człowieczy trud i znój, krzątanie się wokół lepszego bytu, goniące się dzieci i małe interesy drobnych kombinatorów, gorączkowe i śmieszne. W nocy nic widać tu nic prócz prostokątów źle oświetlonych okien w górze i pustej czerni wąwozów ulicznych z jarzącymi się tu i ówdzie wejściami do pieczar–knajp: natomiast wyczuwa się tu i słyszy mnóstwo skłębionych, nieodcyfrowanych, trudnych do ujęcia słowami spraw. Tych spraw, którymi żyją nocami Żelazna i Grzybowska. Waliców i Krochmalna. Łucka i Sienna. Ceglana i Pańska…




mapa

część 1
część 2
część 3
część 4
część 5
część 6
część 7

epilog


© Leopold Tyrmand
"Zły", Warszawa 1955

© Paweł Kozdrowicz
pkozdrowicz@gmail.com