część 6 | rozdział 6


Link | Komentuj (3)

[85] PARK UJAZDOWSKI – miejsce kolejnego spotkania Kalodonta i Złego.

W pogodny, majowy poranek park Ujazdowski jest miejscem, w którym gości radość i wesele. Ciepłe, lecz nie palące słońce, które już tyle widziało, znów jak tyle razy i tylu pokoleniom złoci serdecznie kolorowe piłki i bąki, wiecznie uciekające przed bijącym je patyczkiem kółka, hulajnogi, taczki, kubełki, foremki, szpadelki, grabie i małe, dwukołowe rowery, na których zawzięcie pedałujące postacie z wysuniętym z wysiłku i uwagi językiem śmigają wśród rozkrzyczanej ciżby. (…) Środkiem alei wśród płowych główek, kółek, kokard na warkoczykach i hulajnóg kroczył powoli wyprostowany starzec w maciejówce i w alpagowej kurtce, z białym jak mleko wąsem na twarzy rumianej jak choinkowe jabłko, wymachujący wesoło laską i rozdający na prawo i lewo pieszczotliwe prztyczki w wilgotne noski, względnie serdeczne uszczypnięcia w hoże policzki. Starzec dobił do ławki, na której siedział mężczyzna w ciemnych okularach, i spoczął obok.

[86] POCZTA GŁÓWNA Warszawa 1, z której Olimpia Szuwar telefonowała do Marty, mieściła się wówczas w stojącym przy Nowogrodzkiej 45 dawnym gmachu Urzędu Telekomunikacyjnego i Telegraficznego. Dziś wciąż działa tu urząd pocztowy. Pocztę Główną przeniesiono jednak w międzyczasie na róg Świętokrzyskiej i Jasnej.

Przechodząc obok Poczty Głównej Olimpia Szuwar nie mogła się oprzeć pokusie. „Jak będzie wolny telefon, to tak — pomyślała i weszła do środka — Było mnóstwo wolnych kabin telefonicznych. — Trzeba korzystać, póki czas — upewniała się w swych zamiarach. — Gdy Witold wyjdzie ze szpitala, skończy się moja nieograniczona kontrola nad tymi sprawami. Trzeba działać. Na razie jeszcze mogę je dowolnie tasować i ustawiać, póki czas”. Znalazła w notesie numer i, wprawiła w ruch tarczę. — Czy mogę prosić pannę Majewską?

[87] CENTRALA ZWIĄZKÓW ZAWODOWYCH, w której Meteor spotkał się z inspektorem Wcześniakiem z Działu Imprez i Widowisk, mieściła się przy Kopernika 36/40. Dziś ma tu swą siedzibę między innymi Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych.

Jerzy Meteor — wyszedł z bramy swego domu po nocy źle spędzonej, pełnej koszmarów, wśród których tańczyły twarze Merynosa, Wilgi, Marty i jego własne oblicze. Na słupach ulicznych różowiały wielkie plakaty, głoszące kanciastymi, ogromnymi literami bardzo czarnego koloru mecz piłkarski Polska — Węgry. (…) Na rogu Marszałkowskiej złapał taksówkę, którą opuścił na Krakowskim Przedmieściu, przed Akademią Nauk. Wolnym krokiem ruszył w ulicę Kopernika i po paru chwilach przystanął przed gmachem Centralnej Rady Związków Zawodowych. Spojrzał z odrazą na wykute w spatynowanym brązie godło instytucji — herb pracy: obramiony kłosami młot — wszedł do środka i znalazł się w dużym, jasnym, bardzo czystym hallu.

[88] KAWIARNIA „NOWY ŚWIAT” mieściła się przy Nowym Świecie 63, u zbiegu ze Świętokrzyską. Dziś lokal stoi pusty.


audiovis.nac.gov.pl

Meteor szybko przeszedł Krakowskim do Świętokrzyskiej i wszedł do kawiarni „Nowy Świat”. Spojrzał na zegarek: dochodziła jedenasta. Zamknął się w kabinie telefonicznej i nakręcił numer. — Panie prezesie — powiedział, usłyszawszy głos Merynosa — już. Załatwione.

[89] BAR ZIELARSKI, do którego Wcześniak wezwał na spotkanie Meteora, mieścił się przy Krakowskim Przedmieściu 1. Dziś w tym miejscu działa apteka.

— Meteor zamknął za sobą drzwi i podbiegł do telefonu. — Tu Herojewski — zawołał. — Tu Wcześniak — usłyszał szybki, nerwowy szept — niech pan zaraz przyjeżdża. Ważna sprawa. — Do pana na górę? — spytał przytomnie Meteor. — Nie — zastrzegł się pośpiesznie Wcześniak. — Gdzie by tu! Już mam! Jest taki bar zielarski koło kościoła, przy Pałacu Staszica, wie pan? — Wiem. — Tam. Dobrze? — Jestem za pięć minut. — Rzucił słuchawkę i krzyknął do Wilgi — Wóz!

[90] Meteor i Wcześniak udali się następnie w dół ulicy OBOŹNEJ, by nieopodal dawnej rotundy na Dynasach odbyć poufną rozmowę.

Wszedł Wcześniak i Meteor podniósł się. — Długo na pana czekam — rzekł ostro — chodźmy. — Bar zielarski był zbyt ciasny na poufne rozmowy. Wcześniak wyszedł bez słowa. — Nie chciałbym się kręcić po ulicy — rzekł cicho — mogą mnie zobaczyć. — Przeszli na drugą stronę Krakowskiego i weszli w Oboźną; minąwszy budynek Teatru Polskiego zeszli ku Dynasom. — Co jest? — spytał Meteor. — Wcześniak przysiadł na wystającym murku. Meteor spojrzał nań z pogardą i rzekł: — No? — Wcześniak westchnął i zaczął mówić.

[91] ULICY ZGODA, pomiędzy Złotą i Chmielną – to tu miało miejsce potrącenie kobiety przez samochód prowadzony przez Kitwaszewskiego.

Wyjeżdżając z Jasnej w ulicę Zgoda dostrzegł długi szereg aut osobowych, stojących za dwoma trolejbusami przed trójkątnym sercem miasta — placykiem na skrzyżowaniu Brackiej, Szpitalnej i Chmielnej. Ulica była tu wąska, ruch pojazdów duży, miejsce ożywione. (…) Kątem oka Geniek dojrzał lecącą z niedozwoloną szybkością od strony ulicy Sienkiewicza buldogowatą ciężarówkę marki „Chevrolet”: jej płaska, okratowana maska mignęła w lusterku, krótki, krzepki kształt wozu wbił się w wolny pas lewej strony ulicy, gwałcąc wszelkie prawidła ruchu, po czym dało się słyszeć wycie ciągnących się po asfalcie, unieruchomionych opon, chevrolet skapotował gwałtownie, zarzucił szerokim łukiem po chodniku, rozległ się straszny krzyk, chevrolet spiął się w dziwacznym podrzucie jak koń przed przeszkodą i wyrwał, desperacko lawirując, w gęstwę ruszających do przodu pojazdów. Na bruku chodnika, pomiędzy sklepem optycznym a sklepem z bielizną, pozostał trup młodej dziewczyny o odrażająco rozrzuconych nogach.

TRASA POŚCIGU GIENKA ŚMIGŁO ZA KITWASZEWSKIM:

Zgoda – Krucza – Hoża – Poznańska – Piękna – Aleje Ujazdowskie – Plac Trzech Krzyży – Nowy Świat – Most Poniatowskiego – Jakubowska – Wał Miedzeszyński.

Jednym naciśnięciem gazu przeskoczył zamknięte czerwonym światłem Aleje Jerozolimskie, klucząc pomiędzy hamującymi zgrzytliwie tramwajami, i rzucił się w Kruczą. (…) Nagłym wirażem omiótł narożnik Hożej, zarzucając głęboko tylnymi kołami na chodnik. (…) Geniek włączył rozdzierający klakson i gdy chevrolet, siejąc popłoch, zatoczył karkołomny łuk wokół skrzyżowania Poznańskiej i Hożej, potężny chausson w ułamek sekundy potem wypełnił to samo skrzyżowanie, zmiatając cały ruch uliczny pod ściany domów. (…) Zmylony autobus wpadł w Lwowską. Geniek zaklął plugawo, zawisł na hamulcu, jak w transie wrzucił tylny bieg, cofnął chaussona o parę metrów, zmienił błyskawicznie biegi i wbił się w Piękną. (…) Smagnięty rykiem klaksonu chevrolet rzucił się między trolejbusy i pomknął ku Alejom. (…) Plac Trzech Krzyży przeleciał jak złuda, jak wyrzucona siłą odśrodkową gondola karuzeli ciężarówka opłynęła ożywiony narożnik Nowego Światu z uczepionym na niewidzialnym holu, o sto metrów z tyłu, ogromnym autobusem. (…) Ostry skręt przy zejściu z alei Waszyngtona przy Francuskiej ku nadwiślańskiemu bulwarowi, który zwrotny chevrolet pokonał przy pomocy samobójczego niemal salta, zdawał się nie do pokonania dla autobusu przez ułamek sekundy wydawało się, ze wiraż ten wysadzi chaussona w powietrze. (…) Nieuchwytna granica zmagania, o której nigdy nie wiadomo, gdzie i kiedy się kończy, napięła się na równym asfalcie Miedzeszyńskiego Wału.

[92] HOŻA 11 – adres kamienicy, w której bramie Halski spotkał się ze Złym. Dziś w jej miejscu wznosi się gmach szkoły.

Kalodont przybiegł po półgodzinie i rzekł, oddychając szybko: — Już. Niech pan idzie. Hoża jedenaście. Czeka na pana w bramie! — Serce uderzyło Halskiemu o żebra (…) Była to stara brama: ciemnawa i odrapana, woniejąca zapuszczoną klatką frontowych schodów, starym drzewem poręczy, kocimi odchodami. Umieszczona wysoko, słaba żarówka źle i mętnie oświetlała sklepienie, w dole snuły się poblaski padające tu z okien oficyn w podwórzu. Pogięta, blaszana skrzynka pocztowa, oszklona tablica z listą lokatorów, kilka administracyjnych obwieszczeń, odarte z farby i tynków stiuki zacierały się w mgle półokrągłego sklepienia, w głębi jaśniała czworokątna szyba mieszkania dozorcy. Odrzwia z grubego drzewa, krzywe i wydłużone, połatane były żelazną blachą, jedno ich skrzydło, zamknięte, rzucało głęboki cień na wnętrze bramy, podczas gdy drugie, otwarte, wpuszczało wątłe światła uliczne; w ten sposób wnętrze bramy rozbite było w skomplikowanej grze czarniejszych i jaśniejszych pasm i rozwidnień jak kunsztownie podzielona światłocieniem scena.

[93] RESTAURACJA NA FRETA, do której wstąpił pan w meloniku, musiała być naprawdę niewielka. Nie figuruje bowiem w spisach warszawskich lokali z tamtego okresu. Przy ulicy Freta lokalizują one jedynie cukiernię „Staromiejską”, działającą pod numerem 5.

Pan w meloniku szedł Szerokim Dunajem do murów obronnych, przez chaos rusztowań i sterty desek wykańczanego Barbakanu. Na ulicy Freta wszedł do małej, nisko sklepionej restauracyjki i usiadł w kącie na dość niewygodnym zydlu. Zjawił się kelner o wyglądzie chorego na śpiączkę krajowca z egzotycznych powieści, u którego pan z parasolem zamówił marynowanego śledzia i schab z kapustą.

[94] Pan w meloniku dokonał „zakupu cegły” na staromiejskim odcinku ULICY NOWOMIEJSKIEJ. Cegła kosztowała 20 złotych.

Pan z parasolem minął oparkanienie świeżych budów i wszedł w ciemny, wyboisty wąwóz Nowomiejskiej: w głębi jaśniał rzęsiście oświetlony Rynek, co pogłębiało jeszcze mrok ulicy, nieporządnej i pełnej zakamarków jak zaplecze obstawionej dekoracjami sceny. — Panie — rozległ się cichy, lekko schrypły głos. Pan w meloniku odwrócił się powoli, niedbale, lecz pełen wewnętrznej czujności: głos dobywał się z wnęki wąskiego łuku okładanej głazami sieni, niezbyt dobrze widocznej spod desek, drabin, rusztowań. — Panie — powtórzył schrypły głos, tym razem bardzo blisko, tuż nad uchem — kup pan cegłę.

[95] RESTAURACJA „POD BAZYLISZKIEM” (kategorii II), z której wytoczył się pijany Kitwaszewski, znajdowała się na Rynku Starego Miasta 1/3. Dziś działa pod nieco zmodyfikowaną nazwą „Bazyliszek”.

Na Rynku hulał wiatr ciepły, lecz nieprzyjemny: lampy kołysały się gwałtownie, wprawiając w nieustanny ruch bruki i mury. Z otwartych drzwi restauracji „Pod Bazyliszkiem” wytoczył się na ulicę wysoki, chudy mężczyzna w brudnej, siatkowej koszulce, w wytłuszczonej cyklistówce na ciemieniu i w świecących od smarów, drelichowych spodniach. Był bardzo pijany, zataczał się, lecz nie hałasował.

* Tyrmand o Warszawie:

O, bramy warszawskie! Cóż mogę wam teraz poświęcić, ja, szukający ledwie uchwytnych cieniów kronikarz? Garść chaotycznych wspomnień. Nie z mego ołówka spłynąć mogą poważne, czcigodne o was rozprawy. Wiem tylko, że w waszym chłodnym półmroku, wśród waszych śmiesznych i pretensjonalnych sztukaterii i pseudorenesansowych gzymsów odnajdywaliśmy nasze Dzikie Pola. My, chłopcy z pięter, nasze pierwsze siniaki i pierwszą krew z nosa, pierwszy hazard i zapamiętanie w grze w chowanego, w czarnego luda, w siódemkę. Później odnajdywaliśmy na waszych ścianach pierwszy gryzący humor nieprzyzwoitych napisów, jeszcze później szukaliśmy pierwszej wiedzy o dorosłym życiu w ciemnościach waszych katów, za żelaznymi, dębowymi lub szklanymi drzwiami, poznając tam pierwszy zawrót głowy po pierwszym papierosie, pierwsze starannie skrywane obrzydzenie po pierwszym hauście wódki, pierwszą słodycz po pierwszym pocałunku. Jeszcze później byłyście świadkami, o, bramy warszawskie! naszych westchnień i wyznań, naszych werterowskich rozpaczy i zaklęć, jakich pełne były długie, nocne rozmowy po powrocie z kina czy z wieczorynki, gdy ręka długo spoczywała na dzwonku, nie naciskając go w obawie przed przedwczesną interwencją stróża — tego rozespanego Neptuna bram warszawskich, wynurzającego się z ciemnego niebytu w zbroi z kożucha. Nie zawsze też byłyście sceną lekkoskrzydłych fars wielkomiejskich i beztroskich popisów farmazonów, sprzedających w waszym cieniu sztuczne brylanty naiwnym wieśniakom. Zdarzyło się wam osłonić swoim mrokiem niejedną tragedię, niejeden błysk noża gasł w waszych odmętach, niejeden straszliwy krzyk odbił się w was echem, zagłuszając chlust kwasu solnego wyżerającego oczy niewiernego kochanka, niejeden cichy jęk osuwającej się ofiary rozległ się wraz z brzękiem spadającej na wasz bruk flaszki po octowej esencji. Aż nadszedł czas, gdy stałyście się ostatnim schronieniem w walce ulicznej, kiedy płytki wasz tunelik stanowił nieraz błogosławieństwo dla kluczącego i uciekającego przed tępą przemocą goniących zbirów. I jak wszystko w tym dziwnym mieście, tak wy, bramy warszawskie, wkroczyłyście wprost z śmieszności i nędz, w najszczytniejsze bohaterstwo bez póz, koturnów i wzniosłych słów, raczej z lekko wulgarnym krzykiem, tak jak to się czyni w Warszawie.




mapa

część 1
część 2
część 3
część 4
część 5
część 6
część 7

epilog


© Leopold Tyrmand
"Zły", Warszawa 1955

© Paweł Kozdrowicz
pkozdrowicz@gmail.com